czyli poradnik w telegraficznym skrócie
Więc
Przyjeżdżasz do Londynu, sam/sama,
prawdopodobnie z bagażem większym niż jesteś w stanie unieść,
wysiadasz na dworcu z autokaru który przywiózł cię z lotniska (bo
autokar jest tańszy od pociągu), siąpi deszcz (bo Anglia
postanowiła cię przywitać w pełni swej stereotypowej chwały) i
nagle uświadamiasz sobie, że nie masz pojęcia, co ze sobą począć.
Londyn jest nie tyle duży, jest GIGANTYCZNY. Pocisz się,
przytłoczony nagle przez marmurowe wielopiętrowce, odstawiasz
ciężką torbę na chodnik i przecierasz czoło haftowaną
chusteczką, którą podczas pożegnania na lotnisku wcisnęła ci do
ręki zapłakana matka. Co teraz?
Najsampierw dobrze byłoby gdzieś
zostawić te twoje toboły. Jeżeli zabrakło ci rozsądku tudzież
znajomości żeby zawczasu nagrać sobie jakieś mieszkanie, trzeba
będzie zacząć od hosteli. Wchodzisz do pierwszego lepszego i z
ciężkim sercem płacisz jakieś 20 funtów za noc we współdzielonym
pokoju. Taniej, jeżeli będziesz miał szczęście tudzież dokonasz
rezerwacji parę dni wcześniej.
Bierzesz parasol, wychodzisz i pytasz
kogoś o drogę do Big Bena. Nic nie rozumiesz. Prosisz, żeby
powtórzył. Dwa razy. Sytuacja powtarza się z każdym kolejnym
zaczepionym przechodniem, aż w końcu kupujesz sobie mapę (AZ
London - najlepsza, koło 5£. Rozkład przestrzenny miasta jest tak
chaotyczny, że nawet tuziemcy muszą jej używać gdy zawędrują w
nieznane okolice). Przeklinasz ten drogi kurs angielskiego w liceum i
śmiejesz się własnej matury. Nie przejmuj się. Za jakieś
dwa-trzy miesiące będzie już dużo lepiej. A w międzyczasie jakiś
poznany przypadkiem Anglik wyjaśni ci (powoli i wyraźnie), że on
tam też ma problemy ze zrozumieniem swoich rodaków mówiących w
cockney (tradycyjny akcent/narzecze klasy robotniczej) tudzież tych
mieszkających trochę bardziej na północ.
Aby posunąć się choć trochę w
swoim zdobywaniu świata i Anglii będzie potrzebny ci internet. Ba,
potrzebny - nieodzowny. Jeśli akurat mieszkasz w hostelu, prawie na
pewno masz dostęp do kilku komputerów ze stałym złączem w cenie
noclegu. A jeśli masz ze sobą jakiś osprzęt pozwalający na
korzystanie z wifi, zasięg powinieneś złapać w każdej kawiarni i
części pubów. Jako, że przebywasz właśnie w światowej stolicy
hipsterów, już na tym etapie możesz rozsiąść się wygodnie z
laptopem w Starbucksie (których jest tutaj zatrzęsienie), zamówić
latte (preferencyjnie z odtłuszczonym mlekiem) i poczuć ten vibe
życia w wielkim mieście. Alternatywne miejscówki na zakupki TBA, w
kolejnych częściach przewodnika.
Nieco praktyczniejsze od Starbucksów
są jednak biblioteki. Też mają wifi, a nikt ci nad uchem nie
papla, nie siorbie i - co najistotniejsze - nikt nie wymaga żebyś
kupił sobie latte. W końcu przyjechałeś tutaj z resztką kasy z
bierzmowania; nie ma tego dużo, kawa kosztuje, a tak od razu dzwonić
do rodziców z prośbą o jakiś przelew byłoby trochę
upokarzające.
A więc biblioteki. Karty na razie nie
założysz; do tego potrzebny jest potwierdzenie stałego adresu,
którym to jeszcze się zajmiemy. Jeśli nie masz możliwości
skorzystać z dobrodziejstw internetu radiowego, w bibliotekach
zazwyczaj są komputery których możesz użyć do swoich - cnych i
niecnych - celów. Zależnie od placówki, karta biblioteczna może
być albo nie być wymagana. W Westminster Reference Library,
schowanej w niepozornej uliczce między National Gallery a Leicester
Square (czyli w samym centrum West Endu) wystarczy karta "gościnna",
którą wystawią ci nawet na prawo jazdy. Przysługuje ci tam jednak
tylko godzina surfowania dziennie.
O ile jeszcze go nie masz, trzeba
będzie sobie teraz znaleźć mieszkanie. Być może z Polski znasz
już gumtree - wpisz go w przeglądarce zamieniając ".pl"
na ".co.uk" i ruszaj na łowy. Pzygotuj się na potężny
szok ekonomiczny - za wynajem klaustrofobicznego pokoiku w średnio
atrakcyjnej okolicy zapłacisz tyle, co za fajną kawalerkę w
Krakowie. Na samo centrum i tak stać cię nie będzie, a trochę
dalej ceny zależą głównie od odległości od najbliższej stacji
metra. Gdy po dobiciu targu i wpłaceniu depozytu uznasz, że twój
nowy pokój jest zbyt słabo wyposażony, wypróbuj freecycle.org -
strona, na której ludzie zamieszczają ogłoszenia o rzeczach,
których nie opłaca lub nie chce im się sprzedawać, a które mogą
się jeszcze komuś przydać. Bez problemu powinieneś znaleźć tam
dla siebie jakiś fajny telewizor, biurko, podwójną wersalkę
tudzież stos książek kucharskich.
Metro jest krwiobiegiem Londynu; jeżeli
nie masz do niego łatwego dostępu, skażesz się na wieczną
tułaczkę autobusami, które co prawda dojeżdżają wszędzie, ale
zajmuje im to wieczność - no, bez mała. Jest na to jednak prosta
rada: kup sobie rower. Rower jest idealnym środkiem transportu;
wszędzie, od biedy nawet na najbliższą stacje metra, dojedziesz
dość szybko, zaoszczędzisz kupę kasy na biletach, a kierowcy są
nauczeni uważać na rowerzystów (choć mimo to szybko przekonasz
się, iż przejażdżka na rowerze w godzinach szczytu po centrum
zalicza się do z najbardziej ekscytujących rzeczy, jakie możesz
zafundować sobie Londynie). Na gumtree lub ebayu powinieneś znaleźć
jakiś dwukołowiec już za 40-60 funtów, choć możesz także
pochodzić po jakichś pokątnych bazarach i poszukać czegoś za
połowę tej ceny, jednocześnie przekonując się, dlaczego razem z
rowerem powinieneś kupić porządny doń zamek. Lokalni rzemieślnicy
są na tyle zdolni, że przez noc potrafią odkręcić od
niefrasobliwie zabezpieczonego wehikułu wszystkie ruchome części,
rano pozostawiając tylko łysą ramę. Także uważaj. To London, a
nie Górki Szczukowskie.
Jeżeli przyjechałeś trochę zarobić,
jedną rzecz musisz uświadomić sobie na samym początku - Anglia
nie była rajem przed kryzysem, a teraz nie jest nim tym bardziej.
Nie zostaniesz od ręki barmanem w fajnej knajpie, a już na pewno
nie z twoim pustawym CV. Schowaj na razie honor Inteligentnego
Młodego Człowieka w kieszeń i uderzaj do sieciówek: McDonalds,
Nandos, Weatherspoons, Costa, Sainsbury, i tak dalej, i tak dalej,
jeżeli te nazwy nic Ci nie mówią, spokojnie, wkrótce zaczną.
Albo doceń to, co Bozia dała, przeszukaj ogłoszenia na polskich
stronach dla emigrantów (londynek, mojawyspa, poloniusz...),
wykorzystaj wszechobecne wśród angielskiej Polonii kumoterstwo,
dostań robotę na budowie (jeśli jesteś chłopcem) tudzież za
kasą w kolejnym "Polish Shopie" (jeśli jesteś
dziewczynką) i zaczep się, przynajmniej na razie. Wiem, wiem, nie
przyjechałeś do Anglii żeby dalej siedzieć z rodakami i pić po
pracy polskie piwo w rytm puszczonego z komórki RMF FM, ale przecież
nie chcesz po paru tygodniach dzwonić do rodziców po ten przelew,
prawda? Poświęć się.
Dalej, adres zameldowania. W Anglii, w
przeciwieństwie do reszty cywilizowanego świata, w łazienkach nie
ma gniazdek, "dom publiczny" oznacza nie zamtuz, a knajpę,
a adres zameldowania nie istnieje - po sprawunki więc zamiast z
potwierdzeniem meldunku będziesz latać z (nie starszym niż trzy
miesiące) listem potwierdzającym twój aktualny adres - rachunkiem,
wyciągiem z konta, generalnie jakąś formą korespondencji
urzędowej. Tego listu będziesz potrzebował do otrzymania numeru
ubezpieczenia (NIN, niezbędny, żeby pracować legalnie), założenia
konta w banku, tudzież otrzymania karty bibliotecznej. Jeżeli już
pracujesz, to pracodawca powinien dać ci pismo potwierdzające, że
jesteś już zatrudniony w UK, i konto czy numer ubezpieczenia można
ci przyznać bez większych ceregieli. Jeżeli nie dał, to znaczy że
a) jest mendą; b) pracujesz właśnie na czarno; c) rozdajesz ulotki
na Leicester Square. W tym ostatnim przypadku rzuć tą pracę
natychmiast. Zaufaj mi. Tak czy siak, jeżeli nie masz żadnego
potwierdzenia adresu, a chciałbyś je mieć, to zamówienie czegoś
taniego na Amazonie, albo (jeżeli przymierzasz się w UK do studiów)
uaktualnienie adresu do korespondencji na UCASie powinno załatwić
sprawę.
Do tej pory pewnie zdążyłeś już
złazić większą część centrum, odkrywając przy okazji, że
wszystkie muzea i galerie są za darmo. Jeśli zaszczyciłeś już
swą obecnością Słoneczniki Van Gogha w National Gallery i Kamień
z Rosetty w British Museum warte uwagi są także Museum of London,
Tate Modern, British Library, muzea na South Kensington i wiele,
wiele innych. Kultura za darmo - doceń i wykorzystaj. Bilety do
teatru i na koncerty są na razie równowartością twojej dziennej
pensji. Może, kiedyś, ale póki co jesteś tylko kolejną wszą na
tej spasionej świni kapitalizmu, Upiór w Operze musi poczekać.
Jeżeli masz już potwierdzenie adresu, możesz założyć kartę w
bibliotece i ponadrabiać zaległości tak w prozie brytyjskiej i
amerykańskiej jak i w japońskich komiksach. Prawdopodobnie
słyszałeś już kiedyś o Hyde Park, jedynym miejscu w Anglii, w
którym można było NAWET skrytykować panującego monarchę? Czasy
się zmieniły, za obrazę majestatu nie grozi już gilotyna, ale na
Speakers Corner (patrząc na mapę: prawy górny róg ww. parku)
nadal gromadzą się mówcy, komicy i kabareciarze - kolejne miejsce
warte obczajenia, najlepiej w niedzielę.
Najdalej po miesiącu czy dwóch
zaczynasz cierpieć na brak pokrewnego duchem towarzystwa, tęsknić
za Polską i frustrować się nikłą ilością nowych znajomych;
spokojnie, to powszechny problem, w dużych miastach ludzie mało ze
sobą rozmawiają, a Londyńczycy to już w ogóle ograniczają się
do przepychania się łokciami w metrze w celu jak najszybszego
dotarcia do własnej stacji. Jeżeli postanowisz się z tego powodu
upić do lustra to polecam wino - większe supermarkety zawsze mają
jakieś fajne promocje, przeceny i tak dalej. Pewną alternatywą w
tej sytuacji jest też oczywiście porobienie nowych znajomości. Jak
zawsze niezawodny jest couchsurfing.com - nawet jeżeli masz już
gdzie spać, za pośrednictwem tej strony ludzie ogłaszają multum
najróżniejszych przedsięwzięć, eventów, czy po prostu wypadów
do knajpy - świetny sposób na poznanie małej części mieszkańców
tego najbardziej kosmopolitycznego miasta świata. A przy tym
couch-surferzy to ludzie specyficzni - otwarci na innych, uważni
słuchacze i świetni opowiadacze.
Jeżeli chciałbyś połączyć
przyjemne z pożytecznym i podszlifować swój angielski (tudzież
dowolny inny język) spróbuj wymiany językowej, language swap.
Znów przyda ci się gumtree -
ogłoszenia ludzi poszukujących partnerów do wymiany konwersacji
mają tam całą oddzielną kategorię. Zdziwisz się, ile ludzi
chciałoby się nauczyć Polskiego - choć, nie ukrywajmy, będzie
dużo łatwiej znaleźć chętnych jeśli jesteś dziewczyną. I tu
uwaga: spora część ogłaszających się traktuje language
swap bardzo randkowo. Bez
względu na to, czy zabrzmiało to zachęcająco czy też nie, musisz
wiedzieć iż jest to fakt obosieczny - moje lekcje francuskiego z
facetem z Algierii zakończyły się niedługo po tym, jak podesłał
mi na maila swoje zdjęcia w bokserkach.
Rzecz jasna pisać
można by jeszcze długo: uważaj na kieszonkowców, jak konto w
banku to tylko w Barcalysie, w polskich sklepach oprócz pierogów
zwykle kupisz też kupić fajki spod lady, i tak dalej, i tak
dalej... No ale ileż można się rozwodzić, jedź, próbuj
szczęścia i tyle. Nikt nie mówi, że będzie łatwo. Ale na
pewno będzie warto.









