Wednesday, 10 October 2012

XVI - To Survive in London

czyli poradnik w telegraficznym skrócie

Więc
Przyjeżdżasz do Londynu, sam/sama, prawdopodobnie z bagażem większym niż jesteś w stanie unieść, wysiadasz na dworcu z autokaru który przywiózł cię z lotniska (bo autokar jest tańszy od pociągu), siąpi deszcz (bo Anglia postanowiła cię przywitać w pełni swej stereotypowej chwały) i nagle uświadamiasz sobie, że nie masz pojęcia, co ze sobą począć. Londyn jest nie tyle duży, jest GIGANTYCZNY. Pocisz się, przytłoczony nagle przez marmurowe wielopiętrowce, odstawiasz ciężką torbę na chodnik i przecierasz czoło haftowaną chusteczką, którą podczas pożegnania na lotnisku wcisnęła ci do ręki zapłakana matka. Co teraz?
Najsampierw dobrze byłoby gdzieś zostawić te twoje toboły. Jeżeli zabrakło ci rozsądku tudzież znajomości żeby zawczasu nagrać sobie jakieś mieszkanie, trzeba będzie zacząć od hosteli. Wchodzisz do pierwszego lepszego i z ciężkim sercem płacisz jakieś 20 funtów za noc we współdzielonym pokoju. Taniej, jeżeli będziesz miał szczęście tudzież dokonasz rezerwacji parę dni wcześniej.
Bierzesz parasol, wychodzisz i pytasz kogoś o drogę do Big Bena. Nic nie rozumiesz. Prosisz, żeby powtórzył. Dwa razy. Sytuacja powtarza się z każdym kolejnym zaczepionym przechodniem, aż w końcu kupujesz sobie mapę (AZ London - najlepsza, koło 5£. Rozkład przestrzenny miasta jest tak chaotyczny, że nawet tuziemcy muszą jej używać gdy zawędrują w nieznane okolice). Przeklinasz ten drogi kurs angielskiego w liceum i śmiejesz się własnej matury. Nie przejmuj się. Za jakieś dwa-trzy miesiące będzie już dużo lepiej. A w międzyczasie jakiś poznany przypadkiem Anglik wyjaśni ci (powoli i wyraźnie), że on tam też ma problemy ze zrozumieniem swoich rodaków mówiących w cockney (tradycyjny akcent/narzecze klasy robotniczej) tudzież tych mieszkających trochę bardziej na północ.
Aby posunąć się choć trochę w swoim zdobywaniu świata i Anglii będzie potrzebny ci internet. Ba, potrzebny - nieodzowny. Jeśli akurat mieszkasz w hostelu, prawie na pewno masz dostęp do kilku komputerów ze stałym złączem w cenie noclegu. A jeśli masz ze sobą jakiś osprzęt pozwalający na korzystanie z wifi, zasięg powinieneś złapać w każdej kawiarni i części pubów. Jako, że przebywasz właśnie w światowej stolicy hipsterów, już na tym etapie możesz rozsiąść się wygodnie z laptopem w Starbucksie (których jest tutaj zatrzęsienie), zamówić latte (preferencyjnie z odtłuszczonym mlekiem) i poczuć ten vibe życia w wielkim mieście. Alternatywne miejscówki na zakupki TBA, w kolejnych częściach przewodnika.
Nieco praktyczniejsze od Starbucksów są jednak biblioteki. Też mają wifi, a nikt ci nad uchem nie papla, nie siorbie i - co najistotniejsze - nikt nie wymaga żebyś kupił sobie latte. W końcu przyjechałeś tutaj z resztką kasy z bierzmowania; nie ma tego dużo, kawa kosztuje, a tak od razu dzwonić do rodziców z prośbą o jakiś przelew byłoby trochę upokarzające.
A więc biblioteki. Karty na razie nie założysz; do tego potrzebny jest potwierdzenie stałego adresu, którym to jeszcze się zajmiemy. Jeśli nie masz możliwości skorzystać z dobrodziejstw internetu radiowego, w bibliotekach zazwyczaj są komputery których możesz użyć do swoich - cnych i niecnych - celów. Zależnie od placówki, karta biblioteczna może być albo nie być wymagana. W Westminster Reference Library, schowanej w niepozornej uliczce między National Gallery a Leicester Square (czyli w samym centrum West Endu) wystarczy karta "gościnna", którą wystawią ci nawet na prawo jazdy. Przysługuje ci tam jednak tylko godzina surfowania dziennie.
O ile jeszcze go nie masz, trzeba będzie sobie teraz znaleźć mieszkanie. Być może z Polski znasz już gumtree - wpisz go w przeglądarce zamieniając ".pl" na ".co.uk" i ruszaj na łowy. Pzygotuj się na potężny szok ekonomiczny - za wynajem klaustrofobicznego pokoiku w średnio atrakcyjnej okolicy zapłacisz tyle, co za fajną kawalerkę w Krakowie. Na samo centrum i tak stać cię nie będzie, a trochę dalej ceny zależą głównie od odległości od najbliższej stacji metra. Gdy po dobiciu targu i wpłaceniu depozytu uznasz, że twój nowy pokój jest zbyt słabo wyposażony, wypróbuj freecycle.org - strona, na której ludzie zamieszczają ogłoszenia o rzeczach, których nie opłaca lub nie chce im się sprzedawać, a które mogą się jeszcze komuś przydać. Bez problemu powinieneś znaleźć tam dla siebie jakiś fajny telewizor, biurko, podwójną wersalkę tudzież stos książek kucharskich.
Metro jest krwiobiegiem Londynu; jeżeli nie masz do niego łatwego dostępu, skażesz się na wieczną tułaczkę autobusami, które co prawda dojeżdżają wszędzie, ale zajmuje im to wieczność - no, bez mała. Jest na to jednak prosta rada: kup sobie rower. Rower jest idealnym środkiem transportu; wszędzie, od biedy nawet na najbliższą stacje metra, dojedziesz dość szybko, zaoszczędzisz kupę kasy na biletach, a kierowcy są nauczeni uważać na rowerzystów (choć mimo to szybko przekonasz się, iż przejażdżka na rowerze w godzinach szczytu po centrum zalicza się do z najbardziej ekscytujących rzeczy, jakie możesz zafundować sobie Londynie). Na gumtree lub ebayu powinieneś znaleźć jakiś dwukołowiec już za 40-60 funtów, choć możesz także pochodzić po jakichś pokątnych bazarach i poszukać czegoś za połowę tej ceny, jednocześnie przekonując się, dlaczego razem z rowerem powinieneś kupić porządny doń zamek. Lokalni rzemieślnicy są na tyle zdolni, że przez noc potrafią odkręcić od niefrasobliwie zabezpieczonego wehikułu wszystkie ruchome części, rano pozostawiając tylko łysą ramę. Także uważaj. To London, a nie Górki Szczukowskie.
Jeżeli przyjechałeś trochę zarobić, jedną rzecz musisz uświadomić sobie na samym początku - Anglia nie była rajem przed kryzysem, a teraz nie jest nim tym bardziej. Nie zostaniesz od ręki barmanem w fajnej knajpie, a już na pewno nie z twoim pustawym CV. Schowaj na razie honor Inteligentnego Młodego Człowieka w kieszeń i uderzaj do sieciówek: McDonalds, Nandos, Weatherspoons, Costa, Sainsbury, i tak dalej, i tak dalej, jeżeli te nazwy nic Ci nie mówią, spokojnie, wkrótce zaczną. Albo doceń to, co Bozia dała, przeszukaj ogłoszenia na polskich stronach dla emigrantów (londynek, mojawyspa, poloniusz...), wykorzystaj wszechobecne wśród angielskiej Polonii kumoterstwo, dostań robotę na budowie (jeśli jesteś chłopcem) tudzież za kasą w kolejnym "Polish Shopie" (jeśli jesteś dziewczynką) i zaczep się, przynajmniej na razie. Wiem, wiem, nie przyjechałeś do Anglii żeby dalej siedzieć z rodakami i pić po pracy polskie piwo w rytm puszczonego z komórki RMF FM, ale przecież nie chcesz po paru tygodniach dzwonić do rodziców po ten przelew, prawda? Poświęć się.
Dalej, adres zameldowania. W Anglii, w przeciwieństwie do reszty cywilizowanego świata, w łazienkach nie ma gniazdek, "dom publiczny" oznacza nie zamtuz, a knajpę, a adres zameldowania nie istnieje - po sprawunki więc zamiast z potwierdzeniem meldunku będziesz latać z (nie starszym niż trzy miesiące) listem potwierdzającym twój aktualny adres - rachunkiem, wyciągiem z konta, generalnie jakąś formą korespondencji urzędowej. Tego listu będziesz potrzebował do otrzymania numeru ubezpieczenia (NIN, niezbędny, żeby pracować legalnie), założenia konta w banku, tudzież otrzymania karty bibliotecznej. Jeżeli już pracujesz, to pracodawca powinien dać ci pismo potwierdzające, że jesteś już zatrudniony w UK, i konto czy numer ubezpieczenia można ci przyznać bez większych ceregieli. Jeżeli nie dał, to znaczy że a) jest mendą; b) pracujesz właśnie na czarno; c) rozdajesz ulotki na Leicester Square. W tym ostatnim przypadku rzuć tą pracę natychmiast. Zaufaj mi. Tak czy siak, jeżeli nie masz żadnego potwierdzenia adresu, a chciałbyś je mieć, to zamówienie czegoś taniego na Amazonie, albo (jeżeli przymierzasz się w UK do studiów) uaktualnienie adresu do korespondencji na UCASie powinno załatwić sprawę.
Do tej pory pewnie zdążyłeś już złazić większą część centrum, odkrywając przy okazji, że wszystkie muzea i galerie są za darmo. Jeśli zaszczyciłeś już swą obecnością Słoneczniki Van Gogha w National Gallery i Kamień z Rosetty w British Museum warte uwagi są także Museum of London, Tate Modern, British Library, muzea na South Kensington i wiele, wiele innych. Kultura za darmo - doceń i wykorzystaj. Bilety do teatru i na koncerty są na razie równowartością twojej dziennej pensji. Może, kiedyś, ale póki co jesteś tylko kolejną wszą na tej spasionej świni kapitalizmu, Upiór w Operze musi poczekać. Jeżeli masz już potwierdzenie adresu, możesz założyć kartę w bibliotece i ponadrabiać zaległości tak w prozie brytyjskiej i amerykańskiej jak i w japońskich komiksach. Prawdopodobnie słyszałeś już kiedyś o Hyde Park, jedynym miejscu w Anglii, w którym można było NAWET skrytykować panującego monarchę? Czasy się zmieniły, za obrazę majestatu nie grozi już gilotyna, ale na Speakers Corner (patrząc na mapę: prawy górny róg ww. parku) nadal gromadzą się mówcy, komicy i kabareciarze - kolejne miejsce warte obczajenia, najlepiej w niedzielę.
Najdalej po miesiącu czy dwóch zaczynasz cierpieć na brak pokrewnego duchem towarzystwa, tęsknić za Polską i frustrować się nikłą ilością nowych znajomych; spokojnie, to powszechny problem, w dużych miastach ludzie mało ze sobą rozmawiają, a Londyńczycy to już w ogóle ograniczają się do przepychania się łokciami w metrze w celu jak najszybszego dotarcia do własnej stacji. Jeżeli postanowisz się z tego powodu upić do lustra to polecam wino - większe supermarkety zawsze mają jakieś fajne promocje, przeceny i tak dalej. Pewną alternatywą w tej sytuacji jest też oczywiście porobienie nowych znajomości. Jak zawsze niezawodny jest couchsurfing.com - nawet jeżeli masz już gdzie spać, za pośrednictwem tej strony ludzie ogłaszają multum najróżniejszych przedsięwzięć, eventów, czy po prostu wypadów do knajpy - świetny sposób na poznanie małej części mieszkańców tego najbardziej kosmopolitycznego miasta świata. A przy tym couch-surferzy to ludzie specyficzni - otwarci na innych, uważni słuchacze i świetni opowiadacze.
Jeżeli chciałbyś połączyć przyjemne z pożytecznym i podszlifować swój angielski (tudzież dowolny inny język) spróbuj wymiany językowej, language swap. Znów przyda ci się gumtree - ogłoszenia ludzi poszukujących partnerów do wymiany konwersacji mają tam całą oddzielną kategorię. Zdziwisz się, ile ludzi chciałoby się nauczyć Polskiego - choć, nie ukrywajmy, będzie dużo łatwiej znaleźć chętnych jeśli jesteś dziewczyną. I tu uwaga: spora część ogłaszających się traktuje language swap bardzo randkowo. Bez względu na to, czy zabrzmiało to zachęcająco czy też nie, musisz wiedzieć iż jest to fakt obosieczny - moje lekcje francuskiego z facetem z Algierii zakończyły się niedługo po tym, jak podesłał mi na maila swoje zdjęcia w bokserkach.
Rzecz jasna pisać można by jeszcze długo: uważaj na kieszonkowców, jak konto w banku to tylko w Barcalysie, w polskich sklepach oprócz pierogów zwykle kupisz też kupić fajki spod lady, i tak dalej, i tak dalej... No ale ileż można się rozwodzić, jedź, próbuj szczęścia i tyle. Nikt nie mówi, że będzie łatwo. Ale na pewno będzie warto.

Sunday, 16 October 2011

XV - A Polishman in Berlin

Mimo iż był to środek tygodnia ulice wokół Oranienburger Straße wypełnione były ludźmi, pulsowały światłem i rozbrzmiewały muzyką zmieniającą się wraz z każdą mijaną knajpą. Był już wieczór, ciemno i chłodnawo mimo  pierwszych dni sierpnia. Ni stąd, ni zowąd zaczął kropić deszcz.  Zatrzymałem wzrok na kelnerach krzątających się w jednej z mijanych restauracji. Wciągnąłem nosem wymieszane zapachy tych frykasów, które z mrówczą sprawnością donosili gościom do stołów. Nie, zdecydowałem, jeszcze za wcześnie żeby chodzić po knajpach i prosić o resztki ze stołów. Tego poziomu desperacji jeszcze nie osiągnąłem, stwierdziłem i powróciłem do przerwanego zajęcia - niespiesznego spaceru ze wzrokiem wbitym w chodnik w poszukiwaniu niedopałków. Ten poziom desperacji osiągnąłem już wczoraj wieczorem.


Kiedy to brałem ostatni prysznic? zastanowiłem się. Był wtorek. W niedzielę zajechałem tutaj pociągiem z Kostrzyna, a trzy dni od czwartku do niedzieli spędziłem głównie na leżeniu bez życia pod namiotem na Przystanku Woodstock - i tak posunąłem się na tyle daleko, że wyszorowałem się w lodowatej wodzie przy darmowych umywalkach i umyłem zęby, pożyczając pastę od jakiejś Niemki. W środę byłem na Tańcu Wampirów, w Stuttgarcie, 600 kilometrów stąd. Spałem na lotnisku i w czwartek o świcie wyleciałem do Berlina - żeby jechać na Woodstock i wrócić trzy dni później. Czyli to musiało być we wtorek. Ostatni raz pod prysznicem byłem we wtorek, tydzień temu. Nie mam nawet dezodorantu, bo musiałem go wywalić z torby przed wejściem do samolotu - przepisy, zapomniałem.

W pociągu powrotnym do Berlina spotkałem dwójkę studentów z Torunia - mieli już namierzony hostel, więc przykleiłem się do nich, przy okazji poratowywując ich swoim niemieckim. Niepotrzebnie, prawdę powiedziawszy - Niemcy, przynajmniej Ci w Berlinie, świetnie mówią po angielsku.

Wspólnie wybraliśmy się na obskoczenie podstawowych atrakcji turystycznych miasta. Wszyscy wiedzą, jak wygląda Big Ben, Wieża Eiffela czy Brama Brandenburska - a jednak i tak wszyscy chcieliby je zobaczyć na żywo. Ujrzenie na własne oczy budynku znanego dotychczas tylko ze zdjęć niesie ze sobą, oprócz rozgrzewającego całe ciało radosnego podniecenia zdobywcy jeszcze jeden, często niepodejrzewany profit - mozliwość zobaczyć tego, co jest obok owego ze wszech stron obfotografowanego obiektu, umieścić go w przestrzeni, czego zdjęcia czy filmy nigdy nie robią. Mało kto wie, że naprzeciw Big Bena jest przereklamowane London Eye, a tuż za nim ruchliwe skrzyżowanie. Kto nie był w Paryżu może nawet nie podejrzewa, że pod szklaną piramidą w Luwrze znajduje się Apple Store. Kto jeszcze nie był w Berlinie pewnie z chęcią dowie się, że Brama Brandenburska stoi na Placu Paryskim (sic!) pomiędzy ambasadą francuską i amerykańską (!). Tuż za nią rozciąga się ogromny park, pośrodku którego stoi Siegessäule, kolumna zwycięstwa wzniesiona za czasów największych triumfów Królestwa Pruskiego. Gdy po Drugiej Wojnie Światowej Berlin dostał się w ręce aliantów, Francuzi chcieli ją wysadzić - pozostali sprzymierzeni jednak się nie zgodzili. I całe szczęście; teraz wieńczący ją złoty anioł jest dla Berlińczyków symbolem miasta dużo bliższym ich sercu niż Brandenburger Tor - być może dlatego, że ten drugi przez lata stał na granicy między wschodnią i zachodnią częścią Niemiec, i przez wiele lat był symbolem w najmniejszym stopniu nie napawającym optymizmem - nie miasta, a dwóch; Ost- i Westberlina.


W Berlinie koniecznie spróbować trzeba Currywurst - genialnie banalnej, ale wybornej kiełbasy w curry, serwowanej w bułce lub z frytkami. Mająca swój debiut ponoć dopiero po Drugiej Wojnie Światowej, z przebojem zdobyła salony, urastając do przysmaku narodowego i dorabiając się nawet własnego muzeum w stolicy. Jedzona pod Bramą Brandenburską, na Unter den Linden, smakuje najlepiej. Kupiłem dwie, 3,5 euro każda. Głęboko żałowałem tego już dwa dni później, szukając niedopałków papierosów na chodniku Oranienburgerstraße.

Deszcz zaczął siąpić intensywniej. Głębiej nacisnąłem kaptur na głowę. Nie brałem prysznica od tygodnia i tyleż czasu się nie goliłem - zmierzwiony zarost gówniarza pokrywał mi pół szczęki. Pod lewym okiem miałem sine, podłużne limo - cholera wie skąd, podejrzewałem, że wczoraj, nocując na Dworcu Zoo musiałem zasnąć z policzkiem wciśniętym w sprzączkę od torby.
- Hallo, wie gehts den so? - podeszła do mnie nagle jakaś dziewczyna pod parasolem. Czarny półpłaszczyk, ciemne kręcone włosy. Niewiele starsza ode mnie.
- Na ja, Alles in Ordnung... - odparłem, zaskoczony. Z początku nie wiedziałem nawet o co chodzi.
- Was hast du so for, heute Abend?
- Ja, nichts besonders... Seh' mich nur herum, das ist mein erster Mal in Berlin.
- Oh, wirklich? Und wie gefellt es dir hier?
- Oh, es ist klasse, wirklich! Ich liebe diese Stadt.
Uśmiechnęła się.
- Das Freu ich mich zu hören. Hast du vielleich Lust heute etwas Spaß zu haben? Wir könnten zu Mir gehen, ich wohne hier gleich um die Ecke.
No tak.
- Oh nein, nein, danke... Ich habe keine Zeit.
- Ich geb' dir die ganze Zeit die du willst...
Uuuuuh!... Niemal przeszedł mnie dreszcz. Profesjonalistka.
- Wir könnten zu Mir gehen, ich wohne hier gleich um die Ecke.
- Nein, nein, danke, wirklich, ich habe keine Zeit, ich hab kein Geld...
- Wirk  können doch beide zu der Spaßmaschine gehen, da hollst du welches.
Kolejne słówko do mojego słowniczka niemieckiego slangu:  Spaßmaschine - bankomat.
- Nein, nein, das geht nicht. Du bist wirklich sehr nett - nagle zupełnie zapomniałem, że rozmawiam z dziwką - aber ich habe wirklich kein Geld, auch nicht in der Spaßmaschine...
Po jakimś czasie udało mi się z nią pożegnać. Poszedłem w swoją stronę, na chwilę zapominając nawet o niedopałkach papierosów, czując się jak prawdziwy mężczyzna. Zostałem zagadany przez dziwkę. Nie jestem już małym chłopcem. Muszę opowiedzieć o tym wszystkim kolegom.

Mimowolnie zacząłem zastanawiać się, ile mogłaby wziąć.

Dopiero co skończyłem z moją pracą  półimbecyla w fabryce części samochodowych w Bawarii, teoretycznie miałem kupę kasy, a w praktyce nie dostałem jeszcze przelewu. Musiałem pożyczyć pieniądze od ojca. Myślałem, że sto euro na parę dni wystarczy - w końcu w Wawie przeżyłem pięć dni za sto i to tylko złotych. W Wawie jednak miałem gdzie spać. I knajpy były tańsze. I nie leciałem na kebabach (w Berlinie jest jeden co 100 metrów, trudno się oprzeć) i Currywurstach. I istniało w Polsce coś takiego jak dzienny bilet studencki na komunikacje miejską. I jeden przejazd metrem nie kosztował dwa euro. Co nie zmienia faktu, że Berlin jest nadal pół-tańszy od Londynu.

Moi znajomi z Torunia zostali tylko jeden dzień. Pożegnawszy się i dodawszy wzajem na fejsie, każdy ruszył w swoją stronę - oni nazad na Kujawy, a ja na podbój tutejszych muzeów. Trzydniowy bilet studencki pokrywający większość istotnych placówek (60 z ponad 200) kosztował 9,5 euro. Prawdopodobnie najlepiej zainwestowane pieniądze całych tych wakacji.

Stałem w głównej sali Pergamonmuseum z rozdziawioną gębą i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Wyobrażam sobie tok rozumowania przeciętnego archeologa jako coś w stylu "O, patrz, pomnik. Ładny. Bierzemy. Antyczne wazy? Dawaj, ładuj. Antyczna świątynia? No, ładnie tu, ładnie. Weźmy zdrapmy jakiś fresk ze ściany, weźmiemy do domu. Obelisk? Ok, niech będzie. Duży trochę, ale co tam, fajnie będzie wyglądać pod Luwrem." Ale nie, nie Niemcy. Niemcy od zarania dziejów cierpieli na megalomanię. Niemcy, jak natrafili na starogrecką świątynie Ateny w Pergamonie, nie zadowolili się zdrapywaniem fresków i paroma statuami. Zamiast tego zdemontowali i przywieźli do Berlina od razu pół świątyni.


Stałem w ogromnym pomieszczeniu przed kilkumetrowymi, marmurowymi schodami, zakończonymi jońską kolumnadą. Całą sala opasana była imponującym,wypełnionym płaskorzeźbami frezem, oryginalnie długim na 110 i wysokim na dwa metry, znajdującym się pierwotnie nad cokołem świątyni. Przedstawiającym gigantomachię - walkę bogów z  gigantami. Król Pergamonu ponoć zatrudnił do jej stworzenia najlepszych artystów działających wówczas w Grecji. Nadgryziony zębem czasu, zniszczony i wybrakowany, po 22 wiekach, Wielki Frez nadal powala na kolana.

Idąc dalej, natrafiamy na 17-metrową, marmurową bramę targową z Miletu - także przywiezioną tu w całości, a co się będą Niemcy pierdolić z pojedynczymi kolumnami. Przez tąż bramę przechodzimy do kolejnego pomieszczenia i powodu, dla którego w ogóle weszliśmy do tego muzeum - wysokiej na 15 i szerokiej na 8 metrów błękitnej Bramy Isztar ze starożytnego Babilonu. Dalej za nią, tak w starożytnym Babilonie jak i teraz w Berlinie, znajdowała się Droga Procesyjna - jak sama brama wyłożona błękitną glazurą i przyozdobiona wizerunkami lwów i rogatych smoków, symboli bogów miasta. Audioprzewodnik przepraszająco informuje mnie, że w oryginale owa droga miała długość ponad stu metrów i szerokość dziewięciu - jednak, niestety, niemożliwe było odtworzenie jej w muzeum całej i musieli zmniejszyć proporcje o dwie trzecie. No kurwa, szkoda że się nie pokusili jeszcze o te sto metrów. Audioprzewodnik mówi dalej i doradza mi przejść się od bramy wzdłuż okolonej płaskorzeźbami drogi. Idę posłusznie. Przymykam oczy i czuję się jak w delcie Eufratu, 2600 lat temu.



W czasach gdy Francuzi, Holendrzy i Brytyjczycy furiastycznie inwestowali w podbój kolonialny, Niemcy zajmowali się nauką. Na Museumsinsel, wyspie muzeów na Szprewie (głównej rzece miasta) znajduje się w sumie pięć imponujących już z zewnątrz budowli gromadzących głównie arcydzieła antyku. Kolejną wielką perłę znajdziemy tamże, w Neues Museum - popiersie Nefretiti. Egipska królowa stoi sama w swej prywatnej sali z kopułą, spoglądając wyniośle przed siebie i nic nie robiąc sobie z czterech tysięcy lat które nie były w stanie zagrozić jej piękności.






Kilka kilometrów dalej, w innej części miasta, znajduje się Museum für Naturkunde, muzeum historii naturalnej. I już od wejścia, już w samym przedsionku, prosto w twarz dostajemy czymś niesamowitym: DINOZAURY!! Trzy wielkie gadzie szkielety czekają na nas już w przedsionku - obok jednego z nich, Brachiozaura, znajduje się wyeksponowany certyfikat z księgi rekordów Guinessa, zaświadczający, iż jest on najwyższy na świecie. Niech chowa się Natural History Museum w Londynie! Tam mieli tylko jednego, i to jeszcze w postaci marnej, brązowej reprodukcji. A w Berlinie są od razu trzy, prawdziwe!...

Zabawa jednak dopiero się zaczyna, dalej jest jeszcze lepiej. W kolejnej sali znajduje się ekspozycja prezentująca biologiczną różnorodność świata na przykładzie zwierząt. Przez chwilę łudzimy się, że te wszystkie ekspozycje to tylko plastikowe modele - ale gdzie tam, przecież jesteśmy w Niemczech. Wszystkie prezentowane futrzaki, od wiewiórek przez karibu do niedźwiedzi to wypchane autentyki. I jest ich w tym muzeum około 3000. Wrażenie ogromne, choć skojarzenia z innymi przykładami niemieckiej, masowej eksterminacji nasuwają się mimowolnie. Ba, to nie koniec: na samym końcu spaceru, po salach wypełnionych wypchanymi ssakami i ptakami, zasuszonymi owadami, minerałami, skamielinami i kośćmi praludzi natrafiamy na ostatnią, klimatyzowaną halę. Na wielkich, oszklonych regałach znajduje się około 200 tysięcy słojów z zamarynowanymi w formalinie rybami, płazami i gadami. Dziwne to, niepokojące, chore wręcz - niemniej jednak spacer pośród tych tysięcy zgromadzonych w jednym miejscu słojów z formaliną wywiera niesamowite wrażenie. Gdy przyjrzeć się bliżej etykietkom, można było dojrzeć daty sięgające od czasów najnowszych, aż do połowy XIX stulecia.

I tak oto, bez jedzenia, pieniędzy, papierosów i miejsca do spania, skazując się na spanie na dworcach, zostałem w Berlinie dłużej niż zamierzałem tylko po to, żeby połazić po muzeach. To co widziałem w Londynie, zupełnie nie umywało sie do tego, co mozna było zobaczyć tutaj, we wschodniej już w zasadzie Europie...

Saturday, 23 July 2011

XIV - Zwölfstundenschicht

Dwanaście godzin dwanaście
która już ósma jeszcze dziesięć chryste
obracam w dłoni metalowy pierścień skrzynia biegów jakiegoś porsche nissana wycieram resztki emulsji szukam rys ubytków na oszlifowanej powierzchni
a co jak ten nissan nawali co jak to porsche rozpadnie się na środku autostrady
to wszystko byłaby moja wina wir sind in der Autoindustrie mówił syn właściciela mamy najostrzejsze normy ze wszystkich no przecież
maszyny brzęczą miarowo dyszą iskrzą szlifują toczą frezują
minęły dwa tygodnie po niemiecku nauczyłem się słów których dotąd nie znam po polsku
player znów utonął w faldach koszuli ciężkiej od smaru
łapię przewijam słucham po raz enty ta sama piosenka
Biork i a clatter machine what a magical sound mówiła potem że już nigdy roli w filmie nie przyjmie
no cóż ten von Trier - jebnięty ale to był ach taki świetny film jak ona kochała tego syna
skończyłem przecierać zbieram sztuki układam w pudle dwanaście godzin, dwanaście godzin, byle tylko myśleć o czymkolwiek wyłączyć mózg okręcam Bjork pod ręką drugą łapię Catherin Deneuve pod ramię tańczymy kankana między frezarkami turek wszyscy niemcy z nami wymachują nogami...
Clatter crash clack, racket bang thump
ten turek fajny facet niemcy wołają na niego kleiner cóż faktycznie niski polacy wołają kebab; niemcy też już zaczęli
w niemczech turków jest dość by wszytkie kebaby były naprawdę tureckie
ale nie tutaj nie w bawarii bawaria to teksas niemiec najchętniej ogłosiliby secesje nie lubią turków no polaków też nie ale to jak wszyscy niemcy parę tygodni wyleciał jeden z kontraktu kradł radia z samochodów i jak mamy skończyć z tym stereotypem ja pierdole
bawaria kraj katolików lederhosen i oktoberfestu
o czym jeszcze myśleć strumień świadomości tak za tydzień pojedziemy do wenecji to miejsce jest zajebiste wszędzie blisko za dwa do zurychu za trzy do monachium ledwie parę godzin jazdy środek europy czegóż chcieć więcej
Cristina uśmiecha się do mnie rany boskie co robić o dobrze już poszła ja nie wiem skąd pogląd o brzydkich niemkach taka Cristina niczego sobie byliśmy w ten weekend z kumplem w augsburgu piękne miasto stały takie dwie przy fontannie myślałem że mu język do dupy ucieknie
niemcy niemcy mają obsesja na punkcie swoich włosów farbują się wszyscy robią pasemka kolce irokezy żele pianki lakiery robi z nami jeden z tlenionym paskiem przez środek głowy
i kolczyki rany boskie mnóstwo kolczyków starzy młodzi zabawne że akurat niemcy nie pasuje i te wszechobecne blond pasemka na ciemnych włosach übermenschen arianie koń by się uśmiał
dziewięć godzin czterdzieści minut jeszcze dziewięć znów wrócę rowerem do domu ach tu jest tak pięknie pola zieleń lasy wczoraj zając przebiegł mi drogę
dwunastogodzinne zmiany koszmar wracasz do domu jesz sprawdzasz fejsa idziesz spać wstajesz wracasz do roboty i tylko 40 minut dziennie oddychasz swobodnie jedziesz na rowerze przez te pola te lasy
Clueso śpiewa że nie chce keinen zentimeter mehr zwischen uns jak to jest że brytyjska muza zawsze francuska regularnie a niemiecka nie przebija się nigdy mimo że świetna no może rammstein ale juli wir sind helden seed culcha candela polarkreis 18 wszystkie przecież kapitalne i folk niemiecki najlepszy pod słońcem corvus corax subway to sally faun
sztacham się szwabską muzyką od niepamiętnych czasów cóż w niemczech nie bywam dopiero teraz jedyny kontakt z językiem
dotąd dwa razy tylko zdarzyło mi się otworzyć jadaczkę i odezwać się po angielsku choć chciałem po niemiecku sukces myślałem że będzie gorzej
i niemiecki hiphop dlaczego tylko w niemczech to jest tylko muzyka nie od razu stan umysłu clueso fettes brot fantastischen vier peter fox
mieszkałem tu parę lat nie byłem już od pięciu na stałe jestem anglii
a i tak to tu czuję się jak w domu a londyn już rok i wciąż tak samo obcy
no może trochę mniej
od niemców różnimy się głównie językiem od anglików jeszcze masą innych rzeczy
i alkohol ach alkohol tańszy niż w polsce byle piwo boskie lepsze niż polskie i angielskie browce do kupy wzięte
i jak tu nie kochać germanii
może we wrześniu pojadę na tydzień do paryża o tak wreszcie ileż jeszcze można się zbierać
tak myślę coraz mniej we mnie polaka coraz więcej kosmopolity czy to dobrze nie bardzo
swoje decyzje już podjąłem teraz już wszystko dzieje się samo
te bułki z czym one były ser papryka bierwurst-mielonka od tygodnia to samo ale cóż trudno po sześciu godzinach od śniadania zjadłbym cokolwiek
głodny jestem kiedy ta przerwa ósma pięćdziesiąt to jeszcze trzy trzy a potem jeszcze sześć
ser papryka bierwurst

*
 


 

 

Tuesday, 17 May 2011

XIII - The Library

Niespodziewanie, nosowy głos dobiegający z głośników ukrytych niewiadomo gdzie, mąci wypełnioną klikaniem i stukaniem w klawiatury ciszę. Brzmi tutaj zupełnie nie na miejscu... Oznajmia, że ci, którzy nie są studentami Queen Mary muszą opuścić budynek w przeciągu piętnastu minut. A jeżeli nie są pewni, czy są, czy nie są, mają zgłosić się do obsługi na parterze w celu rozwiania swych wątpliwości.

Zbliża się północ. Biblioteka otworzy swe podwoje dla wszystkich chętnych już jutro, o dziewiątej rano. Żacy mogą spędzić tu całą noc. Sesja - examination period, rozszalała się już w końcu na całego.

Nauka w bibliotece jednak ma to "coś" w sobie. Nawet jeśli daleko jej do tej niemal romantycznej, Oxfordzko-Hoghwardzkiej wizji wypełnionej półmrokiem, pohukiwaniem sów, niewygodnymi krzesłami pamiętającymi jeszcze Salazara Slytherina, opasłymi książkami o pożółkłych kartkach i topiącymi się świecami, w które wlepiałoby się zmęczony wzrok.

Nad moją głową biegną dwa rzędy jarzeniówek; ciepłe światło do spóły z wypitą przed godziną kawą stwarzają całkiem wiarygodne złudzenie późnego popołudnia. Siedzę w ostatnim z ośmiu rzędów komputerów. Przy drugiej ścianie jest tych rzędów jeszcze z dziesięć, na parterze pewnie kolejnych trzydzieści. Mimo to, za dnia prawie nie da się znaleźć przy nich wolnego miejsca. Teraz już się tu trochę wyludniło. Ludzie pewnie musieli się zmyć, żeby zdążyć na ostatnie metro i móc wrócić tutaj jutro rano. Cisza... A w niej postukiwania na klawiaturach, skrzyp otwieranych drzwi i pojedyńcze, zmęczone westchnienia. Skupienie aż wibruje w powietrzu. Nastraja do nauki.

Wiele jest zalet uczenia się w bibliotece. Jest całodobowa kawiarnia na parterze. Nieogarnięta ilość książek. Internet. I spora szansa, że jak zacznie się chodzić pomiędzy regałami albo wyjdzie na zewnątrz na fajkę, to zaraz spotka się jakiegoś znajomego i zacznie się z nim gadać. Rozpraszacze. Rozpraszacze są ważne. Patrząc na hałaśliwych ludzi na parterze można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że wpadli oni do biblioteki tylko po to, aby się nawzajem porozpraszać. Ale nie tutaj, na piętrze. Na piętrze jest cisza.

Już pojutrze szykuje mi się drugi poważny egzamin w tym miesiącu - German Foundations. Zabawny przedmiot, którego celem było danie nam, młodym adeptom germanistyki, pojęcia i przedsmaku, o co chodzi w tych całych studiach jeśli pominąć czystą gramatykę. Bzdury, strata czasu i energii. Nie da się jednym wykładem tygodniowo omówić całej niemieckiej lingwistyki, literatury, muzyki i sztuk plastycznych inaczej jak po łebkach. Szczęściem, nie porwali się jeszcze na historię, choć musieliśmy jej też trochę liznąć, siłą rzeczy. No francuskim też musiałem się męczyć z podobnym potworkowatynm przedmiotem.

Koło mnie piętrzy się mały stosik książek.Chcąc nie chcąc, trzeba będzie ten egzamin napisać. Na początek więc literatura niemiecka... Całkiem ciekawa, swoją drogą. Bardziej, niż francuska - choć to oczywiście tylko subiektywna opinia słabo jeszcze rozeznanego żaczka. Niemcy mają wyjątkową słabość do muzyki klasycznej - przewija się ona wciąż i wciąż w każdym opowiadaniu i książce które mieliśmy na tapecie. W szczególności Wagner - choć zupełnie nieatrakcyjny dla współczesnych uszu, z czym zgadza się nawet nasz wykładowca, niemiecki profesor starej daty.

Rat Krespel Hoffmana, o ekstrawaganckim mieszczaninie, który nie pozwalał córce śpiewać z obawy, że ta od tego umrze...
Tristan Manna, pełna symboliki i odniesień do germańskiego eposu opowieść o niewydarzonym pisarzu, który zakochał się w mężatce po odegraniu z nią na fortepianie fragmentu wagnerowskiego Tristana i Izoldy...
Effi Briest Fontane'a, rozgrywająca się w Prusach Zachodnich (dzisiaj: Pomorzu Gdańskim) opowieśc o kobiecie, która zdradziła swojego męża...
Todesfuge Celana, zbudowany na podobieństwo muzycznej fugi wiersz o hitlerowskich obozach koncentracyjnych...

To wszystko i jeszcze więcej już jutro, w środę. Boże, daj mi cierpliwość i odbierz internet.

Moi angielscy znajomi, nieprzyzwyczajeni do "złotego, radzieckiego systemu edukacji" jak to ujął mój Słowacki kolega z roku, musieli zacząć się uczyć do tych egzaminów już w połowie kwietnia. JJa wyszedłęm z założenia, że jeden-dwa wieczory na egzamin powinny wystarczyć. No bo, nie oszukujmy się; materiału na ten egzamin mam do ogarnięcia mniej więcej tyle, ile w liceum na jeden-dwa większe sprawdziany z polskiego. No ale przecież tak fajnie pobiadolić czasem, oznajmić całemu światu, jakim to pilnym jest się studentem i jakże fajnie o pierwszej w nocy siedzieć w uniwersyteckiej bibliotece. Na przyszłych latach ponoć już faktycznie trzeba się uczyć. Komputer po mojej prawej jest tego dowodem: piętrzą się koło niego grube podręczniki do chemii i biologii, dwie butelki wody i rolka papieru toaletowego; monitor obklejony jest zapisanymi kawałkami kartek, a klawiatura odsunięta na bok przez gruby stos notatek. Krzesło zajmuje materiałowa torba wypchana książkami. Dziewczyna (bo tylko dziewczyny są zdolne do robienia takich rzeczy) która zajmowała to miejsce najwyraźniej zarezerwowała je sobie ową torbą i wróciła do akademika odespać ostatnią zarwaną nockę. Wszędzie indziej w Londynie torba już dawno by zniknęła. Ale nie tutaj, na campusie. Na campusie jest bezpiecznie.

Jakiś Bangladesz przede mną ogląda na youtube głupie filmiki z sobowtórami Bin Ladena i rechocze jak głupi. Byłoby to równie irytujące gdyby był Anglikiem czy Polakiem, ale teraz denerwuję się, nazywam go w myślach pieprzonym ciapakiem, a chwilę potem mam wyrzuty sumienia i czuję się podłym rasistą. Ach, Britain... Chociaż gadałem ostatnio z jednym Anglikiem, studentem politologii. Wygłosił mi całą tyradę na temat skandalu, jakim jest pozwalanie imigrantom na prowadzenie własnych szkół, jak to rząd jest zbyt pobłażliwy dla mahometan (szczególnie tych siedzących na zasiłku), i jak to ich wszystkich powinno się stąd deportować zanim podłożą kolejne biomby w metrze.
- Wow, you're so politically incorrect! - Zawołełem zachwycony.
- All the English are - mruknął w odpowiedzi.
Cóż, coraz bardziej przekonuję się, że to prawda. Niemniej jednak - od niepoprawności do nietolerancji jeszcze daleko. Mimo wszystko, a może właśnie dlatego, postanawiam przebaczyć temu rechoczącemu Bangladeszowi przede mną.

Chyba wypadałoby mi się już zbierać. Oczywiście, nic prawie nie zrobiłem. Trzeba było przecież poprokrastynować, przeglądnąć wszystkie ulubione strony, wypić kawę, dwa czy trzy razy zejść na fajkę, pogadać z tym czy z tamtym... Cóż, jutro też jest dzień. I jest też biblioteka.

*

British Verb for Today: to nick something - ukraść, podprowadzić, zaiwanić.
- Where have you got that book from?
- I nicked it from the library!

Wednesday, 27 April 2011

XII - German Grammar

Jeszcze w Polsce stwierdziłem, że klasy z francuskim (w porównaniu do klas z niemieckim), mają tendencję do bycia bardziej zgranym, rozrywkowym, i fajnym, i w ogóle – może właśnie dlatego, że to ja byłem w tych klasach, ale przypuszczam, że nie tylko. Polscy romaniści zazwyczaj prezentowali dużo wyższy poziom rzemiosła niż germaniści, a młodzież uczyła się żabojadzkiego z dużo większym entuzjazmem niż allemańskiego – co przejawiało się między innymi tym, że z kolegami nawet po lekcjach z radością obrzucaliśmy się nowopoznanymi frazami („ŻE WUDRĘ Ę BIJE ALE RETUR PUR PARI!! ALEEEE, ALEEEE, PLI VIT!”), czego ci od niemieckiego z reguły nie robili – nawet, jak się ich upiło. W Anglii jest natomiast dokładnie odwrotnie – mam wrażenie, że studenci niemieckiego uwielbiają ten język, a ci od francuskiego do swoich studiów podchodzą dużo chłodniej – poznani ludzie że starszych roczników potwierdzają, że to nie tylko wrażenie. Na niemieckim poznałem dużo fajniejszych ludzi i to z nimi teraz pomiędzy zajęciami obrzucam się Scheiβami i innymi takimi. Najbardziej sensownym wytłumaczeniem tego fenomenu wydają się być uwarunkowania historyczne – Brytania miała w końcu z Francją tyle samo problemów co i my z Niemcami. Choć to zabawne, że takie rzeczy są jeszcze widoczne wśród ludzi, którzy na dany język dobrowolnie skazali się na cztery dodatkowe lata.

Ponadto, we French Department, mimo iż dużo większym, nie dzieje się absolutnie nic poza wykładami. German Department natomiast faktycznie się stara i organizuje nam różne fajne rzeczy – a to Stammtisch (taka wyrafinowana nazwa na wspólne wypady do knajpy), a to klub filmowy, a to Deutsches Weihnachtsparty z Glühweinem (grzańcem) który serwowali nam sami wykładowcy (sic!), a to wypad do domu Sigmunta Freuda (który jako Żyd musiał spieprzać przed nazistami i osiadł w Londynie). Z całą grupą ochoczo braliśmy udział w podobnych eventach, na przemian po niemiecku i angielsku gadając z uniwersyteckimi Szkopami, starszymi studentami, wykładowcami, oraz ze sobą nawzajem. Jako że ludzi na moim liczącym jakieś 20 (!) osób roku mam fajnych i że spotkać się nie brakowało okazji, bardzośmy się wszyscy polubili.

Stammtisch. Blondyna po lewej to Martina.
Większa część grupy to Anglicy, ale mamy też włoszkę Ilarię (przesympatyczna babka), Rosjankę, która prawie z nikim nie gada, czwórkę ciemnoskórych German natives, Finkę i Słowaka. Z dwójką ostatnich byłem kiedyś w grupie na zajęciach; tłumaczyliśmy jakieś zdanie:
- So, Taru, how's 'face' in Finnish?
- Kasvot. And how is it in Polish?
- Twarz. Slovakian?
- Lico.
- Cool. And does anybody have an idea how is it in German...?

Na studiach w jUKej, jak też niekiedy w Polsce, każde jedne zajęcia ma się z inną grupą ludzi. Kierunki, roczniki, grupy i podgrupy... To znacznie utrudnia zawieranie nowych znajomości – stąd taka popularność wszelkiej maści stowarzyszeń. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, trafiła mi się cała jedna osoba, z którą pokrywały mi się wszystkie zajęcia – Jade właśnie, bladolica Angielka z Croydon czyli, tak właściwie, południowego Londynu (jedyne miejsce w tym mieście, gdzie mają tramwaj. Całe 28 kilometrów). Jest wybitnie angielska (przez kilka minut potrafi upewniać się, czy aby na pewno może tu usiąść) oraz wyjątkowo kobieca (kiedyś nakryłem ją w bibliotece na próbie wciśnięcia książki pod czytnik kart bibliotecznych). Przypadliśmy sobie do gustu, no a jako że tak czy siak wszędzie chodziliśmy razem, najpierw zaczęły podśmiewywać się z nas koleżanki, a już niedługo potem stwierdziliśmy, że w sumie to jesteśmy już prawie jak małżeństwo, i zaczęliśmy zwracać się do siebie per 'Weib' (babo) i 'Mann' (tłumaczenie zbędne). Na francuskim zaś z dziką satysfakcją porozumiewaliśmy się ze sobą po niemiecku, jarając się faktem, że nikt wokół nas nie zrozumie.

Ta właśnie Jade, zaraz na początku roku założyła na fejsie grupę „QMUL* German Enthusiasts” (* - Queen Mary University of London) w której rychło znalazł się nasz cały rok i która szybko zaczęła nam się przydawać jako platforma komunikacyjna.

Największym pain in the ass całej naszej grupy były wtorkowe zajęcia z gramatyki niemieckiej. Lektorka jest całkiem sympatyczna (Polka, swoją drogą), no ale choćby zaczęła chodzić na rzęsach i puszczać bańki z nosa i tak nie była by w stanie sprawić, żeby trwający dwie godziny popołudniowy wykład z przedmiotu nudnego z założenia kogokolwiek porwał. Nuda, dramat i walka ze snem – a wykłady są w Anglii (w teorii przynajmniej) obowiązkowe. Aż w końcu, pewnego dnia, Jade zapostowała na fejsbuku następującą wiadomość:

Now, Hello people, it's Jade here. Jemima, Alice and myself were having a deep and meaningful discussion the other day. We feel it may be a nice idea to have some special 'Tuesday 2pm-4pm' themed lessons. Perhaps 'bring a random object', 'everybody wear a hat' or even 'bring your own chair', that kind of thing.

Pomysł chwycił natychmiast. Zaczęliśmy od 'everybody paints his left ear green', który jednak nie wypalił, bo Alice zapomniała farby. Tydzień później zrobiliśmy jednak drugie podejście z 'Hats' i faktycznie, przesiedzieliśmy te dwie godziny w rozmaitych, idiotycznych nakryciach głowy (Ieuan pożyczył mi gustowny melonik, ale misterem dnia został Oliver w wielkiej, zielonej koronie a la Statua Wolności). Potem poszło już z górki: random objects (przyniosłem patelnię), teddy bears, pink-wearing-day (wtedy to ja zostałem misterem, dzięki mojemu really cute, pink jumper, pożyczonemu od współlokatora), Sommer/summer, oraz najbardziej epicki, który pozostawiliśmy na ostatni wykład w roku: pyjama party. O ile w przeszłości różnie to bywało, tym razem przebrali się absolutnie wszyscy, w sali królowały szlafroki, pastelowe barwy i satyna ('Playboy Mansion, bitches!'), a gdy lektorka weszła na zajęcia, ostentacyjnie rozłożyliśmy się na ławkach i zaczęliśmy pochrapywać. Przypuszczam, że czegoś takiego nie dało by się zrobić z Polakami. Brytole mają w ogóle jakąś słabość do przebieranek – dość popularne są rozmaite imprezy tematyczne (ostatnio przeglądałem obszerną fotorelacje z animal-party z ludźmi poprzebebieranymi za pandy, wiewiórki, myszy, tygrysy i tak dalej), a podczas Halloween Londyńczycy czują klimat do tego stopnia, że aż strach było wieczorem wyjść na ulicę. Zresztą, ponoć wystarczy się przejechać przy weekendzie do Krakowa żeby zobaczyć, na co stać naszych braci z kraju cheddara.

'Sommer'. Od lewej: Taru, Alice nad Jemimą, Jade, Ieuan, Franuś oraz Ilaria.
Wtorki w ogóle były bardzo niemieckim dniem. Dwie godziny po wykładzie z gramatyki odbywały się jeszcze spotkania German Movie Club, a zaraz potem wspomniany już wcześniej Stammtisch. Przez rok dość regularnych spotkań klubu zobaczyłem tylko jeden nie tylko niemiecki, ale do tego jeszcze naprawdę dobry film – „Das Leben Der Anderen” („Życie na podsłuchu”). Oskara nawet dostał, także polecam. Stammtische wraz z German Society były za to już dużo ciekawsze. Zawsze była na nich też jedna z naszych wykładowczyń, Martina, z którą palilismy fajki („In Deutschland rauchen ja Alle”) i opowiadaliśmy o naszych najnowszych pomysłach na kolejne tematyczne wykłady z German Grammar. Martina śmiała się, że Sylwia (ta od gramatyki) co prawda nie ma pojęcia, dlaczego my to robimy (a robiliśmy, bo te wykłady były tak potwornie nudne), ale szalenie jest się to podoba i zawsze czeka z niecierpliwością, co też wymyślimy jeszcze...

 W połowie marca zrobiło się ciepło i rozkosznie słonecznie, toteż moja szeroka, słowiańska dusza zaczęła domagać się jakiegoś picia w plenerze. Najpierw sterroryzowałem Jade i wyciągnąłem ją na sajdra nad kanałem zaraz po wykładach. Mało kto zdaje sobie sprawę, że Londyn poryty jest licznymi kanałami – kiedyś ważnymi ośrodkami komunikacyjnymi, dziś jedynie urozmaiceniem krajobrazu i przystanią dla barek - całkiem popularnej alternatywy mieszkaniowej. Dokładnie tydzień później przypadał pierwszy dzień wiosny – i wtedy już bez pardonu zacząłem nawoływać całą grupę do wspólnej celebracji na łonie. Jade gratulowała mi potem, gdy już rozsiedliśmy się w słonku:
- You were really German today! You know, making all the people come here.
- Yeah, Poles are quite German when it comes to organising some drinking.

Niebawem zawitał do nas Ieuan, Oliver i Jemima – bez szału, ale i tak byłem pod wrażeniem. Ieuan jest ciekawym typem – pół-Walijczyk z Liverpoolskim akcentem i celtyckim imieniem, które każdy wykładowca wymawia po swojemu. Zapytał się mnie kiedyś, czy znam piwo 'Shivatz'. Dopiero po paru minutach zorientowałem się, że chodzi mu o Żywca (w Londynie jest dostępne w niemal każdym podrzędnym sklepie monopolowym) i spędziłem następne parę ucząc go wymawiać tą nazwę poprawnie. On za to w końcu uświadomił mnie, jak właściwie brzmi jego imię: 'Jejan'. Pieprzeni Celtowie, w życiu bym na to nie wpadł.

Gdy tak siedzieliśmy nad tym kanałem Ieuan został oddelegowany do sklepu żeby kupić 'oh, anything'. Wrócił po chwili, drąc się już z daleka: 'Zivietz!' i wyraźnie bardzo z siebie kontent wręczył mi rzeczonego browara. Szybko się uczy, skubany.

Regent's Canal - w tle wieżowce Canary Wharf, po prawej budynki mojego uniwersytetu. Ten widok mam codziennie, w drodze na zajęcia.
W ramach ukoronowania roku, w dzień pidżamowego wykładu z gramatyki zaplanowaliśmy też z wielką pompą a German Night Out. O 17 zaczęliśmy pić najpierw na akademikach u Olivera - potężnego Anglika z Blackpoolu, (takie miasto daleko na północy, choć nie aż tak daleko jak Newcastle), mówiącego z na tyle specyficznym akcentem, że nie zawsze byłem w stanie go zrozumieć, i który jakoś strasznie przywodził mi na myśl niedźwiedzia grizzly. Nieco później przenieśliśmy się do Jemimy, gdzie słuchaliśmy tego:


Następnie, nie przestając pić, wybraliśmy się na klub filmowy i na Stammtisch. Swoim zwyczajem przez ten czas wciąłem się już tak dokumentnie, że Anglicy zaczęli się o mnie martwić, Jade przyniosła mi szklankę wody (którą potem wylałem sobie na głowę, żeby szybciej wytrzeźwieć), a potem kazała mi iść do baru i zamówić 'Ramping Young Stallion', mając szalony ubaw kiedy już wróciłem donosząc, iż barman uważa, że jestem zbyt pijany żeby mnie obsłużyć. Koło 23, liczniejszą grupą wybraliśmy się na clubbing do centrum (bo cóż to za Night Out bez clubbingu), by koło 2 czy 3 wrócić na campus. Zdjęcia z tego wieczoru mam tak straszne i upokarzające, że musiałem wyjść na fajkę po tym, jak zobaczyłem je po raz pierwszy, więc w związku z tym ich tutaj nie zamieszczę.

*

Brytyjski idiom na dziś: The Hair of the Dog. Odpowiednik naszego picia klina. Poznane dzień po tej German Night Out, gdy na francuskim z samego rana, sączyłem sajder przelany do butelki po wodzie mineralnej. Fraza wydawała mi się totalnie bezsensowna, dopóki koleżanka w Polsce nie podała mi pełnej wersji tego powiedzonka: „the hair of the dog that bit you”, co brzmi już nieco logiczniej i przywodzi na myśl stare, dobre „czym się strułeś, tym się lecz”. Jeszcze więcej światła na sprawę rzuca strona phrases.org.uk, która donosi: A small measure of drink, intended to cure a hangover. The fuller version of this phrase, i.e. 'the hair of the dog that bit me', gives a clue to the source of the name of this supposed hangover cure. That derivation is from the mediaeval belief that, when someone was bitten by a rabid dog, a cure could be made by applying the same dog's hair to the infected wound. How many people managed to get bitten again when trying to approach the aforesaid dog to acquire the hair to achieve this completely useless remedy isn't known.