Jeszcze w Polsce stwierdziłem, że klasy z francuskim (w porównaniu do klas z niemieckim), mają tendencję do bycia bardziej zgranym, rozrywkowym, i fajnym, i w ogóle – może właśnie dlatego, że to ja byłem w tych klasach, ale przypuszczam, że nie tylko. Polscy romaniści zazwyczaj prezentowali dużo wyższy poziom rzemiosła niż germaniści, a młodzież uczyła się żabojadzkiego z dużo większym entuzjazmem niż allemańskiego – co przejawiało się między innymi tym, że z kolegami nawet po lekcjach z radością obrzucaliśmy się nowopoznanymi frazami („ŻE WUDRĘ Ę BIJE ALE RETUR PUR PARI!! ALEEEE, ALEEEE, PLI VIT!”), czego ci od niemieckiego z reguły nie robili – nawet, jak się ich upiło. W Anglii jest natomiast dokładnie odwrotnie – mam wrażenie, że studenci niemieckiego uwielbiają ten język, a ci od francuskiego do swoich studiów podchodzą dużo chłodniej – poznani ludzie że starszych roczników potwierdzają, że to nie tylko wrażenie. Na niemieckim poznałem dużo fajniejszych ludzi i to z nimi teraz pomiędzy zajęciami obrzucam się Scheiβami i innymi takimi. Najbardziej sensownym wytłumaczeniem tego fenomenu wydają się być uwarunkowania historyczne – Brytania miała w końcu z Francją tyle samo problemów co i my z Niemcami. Choć to zabawne, że takie rzeczy są jeszcze widoczne wśród ludzi, którzy na dany język dobrowolnie skazali się na cztery dodatkowe lata.
Ponadto, we French Department, mimo iż dużo większym, nie dzieje się absolutnie nic poza wykładami. German Department natomiast faktycznie się stara i organizuje nam różne fajne rzeczy – a to Stammtisch (taka wyrafinowana nazwa na wspólne wypady do knajpy), a to klub filmowy, a to Deutsches Weihnachtsparty z Glühweinem (grzańcem) który serwowali nam sami wykładowcy (sic!), a to wypad do domu Sigmunta Freuda (który jako Żyd musiał spieprzać przed nazistami i osiadł w Londynie). Z całą grupą ochoczo braliśmy udział w podobnych eventach, na przemian po niemiecku i angielsku gadając z uniwersyteckimi Szkopami, starszymi studentami, wykładowcami, oraz ze sobą nawzajem. Jako że ludzi na moim liczącym jakieś 20 (!) osób roku mam fajnych i że spotkać się nie brakowało okazji, bardzośmy się wszyscy polubili.
![]() |
| Stammtisch. Blondyna po lewej to Martina. |
- So, Taru, how's 'face' in Finnish?
- Kasvot. And how is it in Polish?
- Twarz. Slovakian?
- Lico.
- Cool. And does anybody have an idea how is it in German...?
Na studiach w jUKej, jak też niekiedy w Polsce, każde jedne zajęcia ma się z inną grupą ludzi. Kierunki, roczniki, grupy i podgrupy... To znacznie utrudnia zawieranie nowych znajomości – stąd taka popularność wszelkiej maści stowarzyszeń. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, trafiła mi się cała jedna osoba, z którą pokrywały mi się wszystkie zajęcia – Jade właśnie, bladolica Angielka z Croydon czyli, tak właściwie, południowego Londynu (jedyne miejsce w tym mieście, gdzie mają tramwaj. Całe 28 kilometrów). Jest wybitnie angielska (przez kilka minut potrafi upewniać się, czy aby na pewno może tu usiąść) oraz wyjątkowo kobieca (kiedyś nakryłem ją w bibliotece na próbie wciśnięcia książki pod czytnik kart bibliotecznych). Przypadliśmy sobie do gustu, no a jako że tak czy siak wszędzie chodziliśmy razem, najpierw zaczęły podśmiewywać się z nas koleżanki, a już niedługo potem stwierdziliśmy, że w sumie to jesteśmy już prawie jak małżeństwo, i zaczęliśmy zwracać się do siebie per 'Weib' (babo) i 'Mann' (tłumaczenie zbędne). Na francuskim zaś z dziką satysfakcją porozumiewaliśmy się ze sobą po niemiecku, jarając się faktem, że nikt wokół nas nie zrozumie.
Ta właśnie Jade, zaraz na początku roku założyła na fejsie grupę „QMUL* German Enthusiasts” (* - Queen Mary University of London) w której rychło znalazł się nasz cały rok i która szybko zaczęła nam się przydawać jako platforma komunikacyjna.
Największym pain in the ass całej naszej grupy były wtorkowe zajęcia z gramatyki niemieckiej. Lektorka jest całkiem sympatyczna (Polka, swoją drogą), no ale choćby zaczęła chodzić na rzęsach i puszczać bańki z nosa i tak nie była by w stanie sprawić, żeby trwający dwie godziny popołudniowy wykład z przedmiotu nudnego z założenia kogokolwiek porwał. Nuda, dramat i walka ze snem – a wykłady są w Anglii (w teorii przynajmniej) obowiązkowe. Aż w końcu, pewnego dnia, Jade zapostowała na fejsbuku następującą wiadomość:
Now, Hello people, it's Jade here. Jemima, Alice and myself were having a deep and meaningful discussion the other day. We feel it may be a nice idea to have some special 'Tuesday 2pm-4pm' themed lessons. Perhaps 'bring a random object', 'everybody wear a hat' or even 'bring your own chair', that kind of thing.
Pomysł chwycił natychmiast. Zaczęliśmy od 'everybody paints his left ear green', który jednak nie wypalił, bo Alice zapomniała farby. Tydzień później zrobiliśmy jednak drugie podejście z 'Hats' i faktycznie, przesiedzieliśmy te dwie godziny w rozmaitych, idiotycznych nakryciach głowy (Ieuan pożyczył mi gustowny melonik, ale misterem dnia został Oliver w wielkiej, zielonej koronie a la Statua Wolności). Potem poszło już z górki: random objects (przyniosłem patelnię), teddy bears, pink-wearing-day (wtedy to ja zostałem misterem, dzięki mojemu really cute, pink jumper, pożyczonemu od współlokatora), Sommer/summer, oraz najbardziej epicki, który pozostawiliśmy na ostatni wykład w roku: pyjama party. O ile w przeszłości różnie to bywało, tym razem przebrali się absolutnie wszyscy, w sali królowały szlafroki, pastelowe barwy i satyna ('Playboy Mansion, bitches!'), a gdy lektorka weszła na zajęcia, ostentacyjnie rozłożyliśmy się na ławkach i zaczęliśmy pochrapywać. Przypuszczam, że czegoś takiego nie dało by się zrobić z Polakami. Brytole mają w ogóle jakąś słabość do przebieranek – dość popularne są rozmaite imprezy tematyczne (ostatnio przeglądałem obszerną fotorelacje z animal-party z ludźmi poprzebebieranymi za pandy, wiewiórki, myszy, tygrysy i tak dalej), a podczas Halloween Londyńczycy czują klimat do tego stopnia, że aż strach było wieczorem wyjść na ulicę. Zresztą, ponoć wystarczy się przejechać przy weekendzie do Krakowa żeby zobaczyć, na co stać naszych braci z kraju cheddara.
![]() |
| 'Sommer'. Od lewej: Taru, Alice nad Jemimą, Jade, Ieuan, Franuś oraz Ilaria. |
Wtorki w ogóle były bardzo niemieckim dniem. Dwie godziny po wykładzie z gramatyki odbywały się jeszcze spotkania German Movie Club, a zaraz potem wspomniany już wcześniej Stammtisch. Przez rok dość regularnych spotkań klubu zobaczyłem tylko jeden nie tylko niemiecki, ale do tego jeszcze naprawdę dobry film – „Das Leben Der Anderen” („Życie na podsłuchu”). Oskara nawet dostał, także polecam. Stammtische wraz z German Society były za to już dużo ciekawsze. Zawsze była na nich też jedna z naszych wykładowczyń, Martina, z którą palilismy fajki („In Deutschland rauchen ja Alle”) i opowiadaliśmy o naszych najnowszych pomysłach na kolejne tematyczne wykłady z German Grammar. Martina śmiała się, że Sylwia (ta od gramatyki) co prawda nie ma pojęcia, dlaczego my to robimy (a robiliśmy, bo te wykłady były tak potwornie nudne), ale szalenie jest się to podoba i zawsze czeka z niecierpliwością, co też wymyślimy jeszcze...
W połowie marca zrobiło się ciepło i rozkosznie słonecznie, toteż moja szeroka, słowiańska dusza zaczęła domagać się jakiegoś picia w plenerze. Najpierw sterroryzowałem Jade i wyciągnąłem ją na sajdra nad kanałem zaraz po wykładach. Mało kto zdaje sobie sprawę, że Londyn poryty jest licznymi kanałami – kiedyś ważnymi ośrodkami komunikacyjnymi, dziś jedynie urozmaiceniem krajobrazu i przystanią dla barek - całkiem popularnej alternatywy mieszkaniowej. Dokładnie tydzień później przypadał pierwszy dzień wiosny – i wtedy już bez pardonu zacząłem nawoływać całą grupę do wspólnej celebracji na łonie. Jade gratulowała mi potem, gdy już rozsiedliśmy się w słonku:
- You were really German today! You know, making all the people come here.
- Yeah, Poles are quite German when it comes to organising some drinking.
Niebawem zawitał do nas Ieuan, Oliver i Jemima – bez szału, ale i tak byłem pod wrażeniem. Ieuan jest ciekawym typem – pół-Walijczyk z Liverpoolskim akcentem i celtyckim imieniem, które każdy wykładowca wymawia po swojemu. Zapytał się mnie kiedyś, czy znam piwo 'Shivatz'. Dopiero po paru minutach zorientowałem się, że chodzi mu o Żywca (w Londynie jest dostępne w niemal każdym podrzędnym sklepie monopolowym) i spędziłem następne parę ucząc go wymawiać tą nazwę poprawnie. On za to w końcu uświadomił mnie, jak właściwie brzmi jego imię: 'Jejan'. Pieprzeni Celtowie, w życiu bym na to nie wpadł.
Gdy tak siedzieliśmy nad tym kanałem Ieuan został oddelegowany do sklepu żeby kupić 'oh, anything'. Wrócił po chwili, drąc się już z daleka: 'Zivietz!' i wyraźnie bardzo z siebie kontent wręczył mi rzeczonego browara. Szybko się uczy, skubany.
![]() |
| Regent's Canal - w tle wieżowce Canary Wharf, po prawej budynki mojego uniwersytetu. Ten widok mam codziennie, w drodze na zajęcia. |
W ramach ukoronowania roku, w dzień pidżamowego wykładu z gramatyki zaplanowaliśmy też z wielką pompą a German Night Out. O 17 zaczęliśmy pić najpierw na akademikach u Olivera - potężnego Anglika z Blackpoolu, (takie miasto daleko na północy, choć nie aż tak daleko jak Newcastle), mówiącego z na tyle specyficznym akcentem, że nie zawsze byłem w stanie go zrozumieć, i który jakoś strasznie przywodził mi na myśl niedźwiedzia grizzly. Nieco później przenieśliśmy się do Jemimy, gdzie słuchaliśmy tego:
Następnie, nie przestając pić, wybraliśmy się na klub filmowy i na Stammtisch. Swoim zwyczajem przez ten czas wciąłem się już tak dokumentnie, że Anglicy zaczęli się o mnie martwić, Jade przyniosła mi szklankę wody (którą potem wylałem sobie na głowę, żeby szybciej wytrzeźwieć), a potem kazała mi iść do baru i zamówić 'Ramping Young Stallion', mając szalony ubaw kiedy już wróciłem donosząc, iż barman uważa, że jestem zbyt pijany żeby mnie obsłużyć. Koło 23, liczniejszą grupą wybraliśmy się na clubbing do centrum (bo cóż to za Night Out bez clubbingu), by koło 2 czy 3 wrócić na campus. Zdjęcia z tego wieczoru mam tak straszne i upokarzające, że musiałem wyjść na fajkę po tym, jak zobaczyłem je po raz pierwszy, więc w związku z tym ich tutaj nie zamieszczę.
*
Brytyjski idiom na dziś: The Hair of the Dog. Odpowiednik naszego picia klina. Poznane dzień po tej German Night Out, gdy na francuskim z samego rana, sączyłem sajder przelany do butelki po wodzie mineralnej. Fraza wydawała mi się totalnie bezsensowna, dopóki koleżanka w Polsce nie podała mi pełnej wersji tego powiedzonka: „the hair of the dog that bit you”, co brzmi już nieco logiczniej i przywodzi na myśl stare, dobre „czym się strułeś, tym się lecz”. Jeszcze więcej światła na sprawę rzuca strona phrases.org.uk, która donosi: A small measure of drink, intended to cure a hangover. The fuller version of this phrase, i.e. 'the hair of the dog that bit me', gives a clue to the source of the name of this supposed hangover cure. That derivation is from the mediaeval belief that, when someone was bitten by a rabid dog, a cure could be made by applying the same dog's hair to the infected wound. How many people managed to get bitten again when trying to approach the aforesaid dog to acquire the hair to achieve this completely useless remedy isn't known.



Psie włosy od razu skojarzyły mi się z opowieścią Garego Buseya, jak raz wciągał koks prosto ze swojego psa, który się w nim wytarzał (jako że w koksie), po czym miał nos pełen sierści, pcheł i błota.
ReplyDeleteTa czcionka jest CHUJOWA