Mimo iż był to środek tygodnia ulice wokół Oranienburger Straße wypełnione były ludźmi, pulsowały światłem i rozbrzmiewały muzyką zmieniającą się wraz z każdą mijaną knajpą. Był już wieczór, ciemno i chłodnawo mimo pierwszych dni sierpnia. Ni stąd, ni zowąd zaczął kropić deszcz. Zatrzymałem wzrok na kelnerach krzątających się w jednej z mijanych restauracji. Wciągnąłem nosem wymieszane zapachy tych frykasów, które z mrówczą sprawnością donosili gościom do stołów. Nie, zdecydowałem, jeszcze za wcześnie żeby chodzić po knajpach i prosić o resztki ze stołów. Tego poziomu desperacji jeszcze nie osiągnąłem, stwierdziłem i powróciłem do przerwanego zajęcia - niespiesznego spaceru ze wzrokiem wbitym w chodnik w poszukiwaniu niedopałków. Ten poziom desperacji osiągnąłem już wczoraj wieczorem.Kiedy to brałem ostatni prysznic? zastanowiłem się. Był wtorek. W niedzielę zajechałem tutaj pociągiem z Kostrzyna, a trzy dni od czwartku do niedzieli spędziłem głównie na leżeniu bez życia pod namiotem na Przystanku Woodstock - i tak posunąłem się na tyle daleko, że wyszorowałem się w lodowatej wodzie przy darmowych umywalkach i umyłem zęby, pożyczając pastę od jakiejś Niemki. W środę byłem na Tańcu Wampirów, w Stuttgarcie, 600 kilometrów stąd. Spałem na lotnisku i w czwartek o świcie wyleciałem do Berlina - żeby jechać na Woodstock i wrócić trzy dni później. Czyli to musiało być we wtorek. Ostatni raz pod prysznicem byłem we wtorek, tydzień temu. Nie mam nawet dezodorantu, bo musiałem go wywalić z torby przed wejściem do samolotu - przepisy, zapomniałem.
W pociągu powrotnym do Berlina spotkałem dwójkę studentów z Torunia - mieli już namierzony hostel, więc przykleiłem się do nich, przy okazji poratowywując ich swoim niemieckim. Niepotrzebnie, prawdę powiedziawszy - Niemcy, przynajmniej Ci w Berlinie, świetnie mówią po angielsku.
Wspólnie wybraliśmy się na obskoczenie podstawowych atrakcji turystycznych miasta. Wszyscy wiedzą, jak wygląda Big Ben, Wieża Eiffela czy Brama Brandenburska - a jednak i tak wszyscy chcieliby je zobaczyć na żywo. Ujrzenie na własne oczy budynku znanego dotychczas tylko ze zdjęć niesie ze sobą, oprócz rozgrzewającego całe ciało radosnego podniecenia zdobywcy jeszcze jeden, często niepodejrzewany profit - mozliwość zobaczyć tego, co jest obok owego ze wszech stron obfotografowanego obiektu, umieścić go w przestrzeni, czego zdjęcia czy filmy nigdy nie robią. Mało kto wie, że naprzeciw Big Bena jest przereklamowane London Eye, a tuż za nim ruchliwe skrzyżowanie. Kto nie był w Paryżu może nawet nie podejrzewa, że pod szklaną piramidą w Luwrze znajduje się Apple Store. Kto jeszcze nie był w Berlinie pewnie z chęcią dowie się, że Brama Brandenburska stoi na Placu Paryskim (sic!) pomiędzy ambasadą francuską i amerykańską (!). Tuż za nią rozciąga się ogromny park, pośrodku którego stoi Siegessäule, kolumna zwycięstwa wzniesiona za czasów największych triumfów Królestwa Pruskiego. Gdy po Drugiej Wojnie Światowej Berlin dostał się w ręce aliantów, Francuzi chcieli ją wysadzić - pozostali sprzymierzeni jednak się nie zgodzili. I całe szczęście; teraz wieńczący ją złoty anioł jest dla Berlińczyków symbolem miasta dużo bliższym ich sercu niż Brandenburger Tor - być może dlatego, że ten drugi przez lata stał na granicy między wschodnią i zachodnią częścią Niemiec, i przez wiele lat był symbolem w najmniejszym stopniu nie napawającym optymizmem - nie miasta, a dwóch; Ost- i Westberlina.
W Berlinie koniecznie spróbować trzeba Currywurst - genialnie banalnej, ale wybornej kiełbasy w curry, serwowanej w bułce lub z frytkami. Mająca swój debiut ponoć dopiero po Drugiej Wojnie Światowej, z przebojem zdobyła salony, urastając do przysmaku narodowego i dorabiając się nawet własnego muzeum w stolicy. Jedzona pod Bramą Brandenburską, na Unter den Linden, smakuje najlepiej. Kupiłem dwie, 3,5 euro każda. Głęboko żałowałem tego już dwa dni później, szukając niedopałków papierosów na chodniku Oranienburgerstraße.
Deszcz zaczął siąpić intensywniej. Głębiej nacisnąłem kaptur na głowę. Nie brałem prysznica od tygodnia i tyleż czasu się nie goliłem - zmierzwiony zarost gówniarza pokrywał mi pół szczęki. Pod lewym okiem miałem sine, podłużne limo - cholera wie skąd, podejrzewałem, że wczoraj, nocując na Dworcu Zoo musiałem zasnąć z policzkiem wciśniętym w sprzączkę od torby.
- Hallo, wie gehts den so? - podeszła do mnie nagle jakaś dziewczyna pod parasolem. Czarny półpłaszczyk, ciemne kręcone włosy. Niewiele starsza ode mnie.
- Na ja, Alles in Ordnung... - odparłem, zaskoczony. Z początku nie wiedziałem nawet o co chodzi.
- Was hast du so for, heute Abend?
- Ja, nichts besonders... Seh' mich nur herum, das ist mein erster Mal in Berlin.
- Oh, wirklich? Und wie gefellt es dir hier?
- Oh, es ist klasse, wirklich! Ich liebe diese Stadt.
Uśmiechnęła się.
- Das Freu ich mich zu hören. Hast du vielleich Lust heute etwas Spaß zu haben? Wir könnten zu Mir gehen, ich wohne hier gleich um die Ecke.
No tak.
- Oh nein, nein, danke... Ich habe keine Zeit.
- Ich geb' dir die ganze Zeit die du willst...
Uuuuuh!... Niemal przeszedł mnie dreszcz. Profesjonalistka.
- Wir könnten zu Mir gehen, ich wohne hier gleich um die Ecke.
- Nein, nein, danke, wirklich, ich habe keine Zeit, ich hab kein Geld...
- Wirk können doch beide zu der Spaßmaschine gehen, da hollst du welches.
Kolejne słówko do mojego słowniczka niemieckiego slangu: Spaßmaschine - bankomat.
- Nein, nein, das geht nicht. Du bist wirklich sehr nett - nagle zupełnie zapomniałem, że rozmawiam z dziwką - aber ich habe wirklich kein Geld, auch nicht in der Spaßmaschine...
Po jakimś czasie udało mi się z nią pożegnać. Poszedłem w swoją stronę, na chwilę zapominając nawet o niedopałkach papierosów, czując się jak prawdziwy mężczyzna. Zostałem zagadany przez dziwkę. Nie jestem już małym chłopcem. Muszę opowiedzieć o tym wszystkim kolegom.
Mimowolnie zacząłem zastanawiać się, ile mogłaby wziąć.
Dopiero co skończyłem z moją pracą półimbecyla w fabryce części samochodowych w Bawarii, teoretycznie miałem kupę kasy, a w praktyce nie dostałem jeszcze przelewu. Musiałem pożyczyć pieniądze od ojca. Myślałem, że sto euro na parę dni wystarczy - w końcu w Wawie przeżyłem pięć dni za sto i to tylko złotych. W Wawie jednak miałem gdzie spać. I knajpy były tańsze. I nie leciałem na kebabach (w Berlinie jest jeden co 100 metrów, trudno się oprzeć) i Currywurstach. I istniało w Polsce coś takiego jak dzienny bilet studencki na komunikacje miejską. I jeden przejazd metrem nie kosztował dwa euro. Co nie zmienia faktu, że Berlin jest nadal pół-tańszy od Londynu.
Moi znajomi z Torunia zostali tylko jeden dzień. Pożegnawszy się i dodawszy wzajem na fejsie, każdy ruszył w swoją stronę - oni nazad na Kujawy, a ja na podbój tutejszych muzeów. Trzydniowy bilet studencki pokrywający większość istotnych placówek (60 z ponad 200) kosztował 9,5 euro. Prawdopodobnie najlepiej zainwestowane pieniądze całych tych wakacji.
Stałem w głównej sali Pergamonmuseum z rozdziawioną gębą i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Wyobrażam sobie tok rozumowania przeciętnego archeologa jako coś w stylu "O, patrz, pomnik. Ładny. Bierzemy. Antyczne wazy? Dawaj, ładuj. Antyczna świątynia? No, ładnie tu, ładnie. Weźmy zdrapmy jakiś fresk ze ściany, weźmiemy do domu. Obelisk? Ok, niech będzie. Duży trochę, ale co tam, fajnie będzie wyglądać pod Luwrem." Ale nie, nie Niemcy. Niemcy od zarania dziejów cierpieli na megalomanię. Niemcy, jak natrafili na starogrecką świątynie Ateny w Pergamonie, nie zadowolili się zdrapywaniem fresków i paroma statuami. Zamiast tego zdemontowali i przywieźli do Berlina od razu pół świątyni.
Stałem w ogromnym pomieszczeniu przed kilkumetrowymi, marmurowymi schodami, zakończonymi jońską kolumnadą. Całą sala opasana była imponującym,wypełnionym płaskorzeźbami frezem, oryginalnie długim na 110 i wysokim na dwa metry, znajdującym się pierwotnie nad cokołem świątyni. Przedstawiającym gigantomachię - walkę bogów z gigantami. Król Pergamonu ponoć zatrudnił do jej stworzenia najlepszych artystów działających wówczas w Grecji. Nadgryziony zębem czasu, zniszczony i wybrakowany, po 22 wiekach, Wielki Frez nadal powala na kolana.
Idąc dalej, natrafiamy na 17-metrową, marmurową bramę targową z Miletu - także przywiezioną tu w całości, a co się będą Niemcy pierdolić z pojedynczymi kolumnami. Przez tąż bramę przechodzimy do kolejnego pomieszczenia i powodu, dla którego w ogóle weszliśmy do tego muzeum - wysokiej na 15 i szerokiej na 8 metrów błękitnej Bramy Isztar ze starożytnego Babilonu. Dalej za nią, tak w starożytnym Babilonie jak i teraz w Berlinie, znajdowała się Droga Procesyjna - jak sama brama wyłożona błękitną glazurą i przyozdobiona wizerunkami lwów i rogatych smoków, symboli bogów miasta. Audioprzewodnik przepraszająco informuje mnie, że w oryginale owa droga miała długość ponad stu metrów i szerokość dziewięciu - jednak, niestety, niemożliwe było odtworzenie jej w muzeum całej i musieli zmniejszyć proporcje o dwie trzecie. No kurwa, szkoda że się nie pokusili jeszcze o te sto metrów. Audioprzewodnik mówi dalej i doradza mi przejść się od bramy wzdłuż okolonej płaskorzeźbami drogi. Idę posłusznie. Przymykam oczy i czuję się jak w delcie Eufratu, 2600 lat temu.
W czasach gdy Francuzi, Holendrzy i Brytyjczycy furiastycznie inwestowali w podbój kolonialny, Niemcy zajmowali się nauką. Na Museumsinsel, wyspie muzeów na Szprewie (głównej rzece miasta) znajduje się w sumie pięć imponujących już z zewnątrz budowli gromadzących głównie arcydzieła antyku. Kolejną wielką perłę znajdziemy tamże, w Neues Museum - popiersie Nefretiti. Egipska królowa stoi sama w swej prywatnej sali z kopułą, spoglądając wyniośle przed siebie i nic nie robiąc sobie z czterech tysięcy lat które nie były w stanie zagrozić jej piękności.
Kilka kilometrów dalej, w innej części miasta, znajduje się Museum für Naturkunde, muzeum historii naturalnej. I już od wejścia, już w samym przedsionku, prosto w twarz dostajemy czymś niesamowitym: DINOZAURY!! Trzy wielkie gadzie szkielety czekają na nas już w przedsionku - obok jednego z nich, Brachiozaura, znajduje się wyeksponowany certyfikat z księgi rekordów Guinessa, zaświadczający, iż jest on najwyższy na świecie. Niech chowa się Natural History Museum w Londynie! Tam mieli tylko jednego, i to jeszcze w postaci marnej, brązowej reprodukcji. A w Berlinie są od razu trzy, prawdziwe!...
Zabawa jednak dopiero się zaczyna, dalej jest jeszcze lepiej. W kolejnej sali znajduje się ekspozycja prezentująca biologiczną różnorodność świata na przykładzie zwierząt. Przez chwilę łudzimy się, że te wszystkie ekspozycje to tylko plastikowe modele - ale gdzie tam, przecież jesteśmy w Niemczech. Wszystkie prezentowane futrzaki, od wiewiórek przez karibu do niedźwiedzi to wypchane autentyki. I jest ich w tym muzeum około 3000. Wrażenie ogromne, choć skojarzenia z innymi przykładami niemieckiej, masowej eksterminacji nasuwają się mimowolnie. Ba, to nie koniec: na samym końcu spaceru, po salach wypełnionych wypchanymi ssakami i ptakami, zasuszonymi owadami, minerałami, skamielinami i kośćmi praludzi natrafiamy na ostatnią, klimatyzowaną halę. Na wielkich, oszklonych regałach znajduje się około 200 tysięcy słojów z zamarynowanymi w formalinie rybami, płazami i gadami. Dziwne to, niepokojące, chore wręcz - niemniej jednak spacer pośród tych tysięcy zgromadzonych w jednym miejscu słojów z formaliną wywiera niesamowite wrażenie. Gdy przyjrzeć się bliżej etykietkom, można było dojrzeć daty sięgające od czasów najnowszych, aż do połowy XIX stulecia.I tak oto, bez jedzenia, pieniędzy, papierosów i miejsca do spania, skazując się na spanie na dworcach, zostałem w Berlinie dłużej niż zamierzałem tylko po to, żeby połazić po muzeach. To co widziałem w Londynie, zupełnie nie umywało sie do tego, co mozna było zobaczyć tutaj, we wschodniej już w zasadzie Europie...


No comments:
Post a Comment