Wednesday, 10 October 2012

XVI - To Survive in London

czyli poradnik w telegraficznym skrócie

Więc
Przyjeżdżasz do Londynu, sam/sama, prawdopodobnie z bagażem większym niż jesteś w stanie unieść, wysiadasz na dworcu z autokaru który przywiózł cię z lotniska (bo autokar jest tańszy od pociągu), siąpi deszcz (bo Anglia postanowiła cię przywitać w pełni swej stereotypowej chwały) i nagle uświadamiasz sobie, że nie masz pojęcia, co ze sobą począć. Londyn jest nie tyle duży, jest GIGANTYCZNY. Pocisz się, przytłoczony nagle przez marmurowe wielopiętrowce, odstawiasz ciężką torbę na chodnik i przecierasz czoło haftowaną chusteczką, którą podczas pożegnania na lotnisku wcisnęła ci do ręki zapłakana matka. Co teraz?
Najsampierw dobrze byłoby gdzieś zostawić te twoje toboły. Jeżeli zabrakło ci rozsądku tudzież znajomości żeby zawczasu nagrać sobie jakieś mieszkanie, trzeba będzie zacząć od hosteli. Wchodzisz do pierwszego lepszego i z ciężkim sercem płacisz jakieś 20 funtów za noc we współdzielonym pokoju. Taniej, jeżeli będziesz miał szczęście tudzież dokonasz rezerwacji parę dni wcześniej.
Bierzesz parasol, wychodzisz i pytasz kogoś o drogę do Big Bena. Nic nie rozumiesz. Prosisz, żeby powtórzył. Dwa razy. Sytuacja powtarza się z każdym kolejnym zaczepionym przechodniem, aż w końcu kupujesz sobie mapę (AZ London - najlepsza, koło 5£. Rozkład przestrzenny miasta jest tak chaotyczny, że nawet tuziemcy muszą jej używać gdy zawędrują w nieznane okolice). Przeklinasz ten drogi kurs angielskiego w liceum i śmiejesz się własnej matury. Nie przejmuj się. Za jakieś dwa-trzy miesiące będzie już dużo lepiej. A w międzyczasie jakiś poznany przypadkiem Anglik wyjaśni ci (powoli i wyraźnie), że on tam też ma problemy ze zrozumieniem swoich rodaków mówiących w cockney (tradycyjny akcent/narzecze klasy robotniczej) tudzież tych mieszkających trochę bardziej na północ.
Aby posunąć się choć trochę w swoim zdobywaniu świata i Anglii będzie potrzebny ci internet. Ba, potrzebny - nieodzowny. Jeśli akurat mieszkasz w hostelu, prawie na pewno masz dostęp do kilku komputerów ze stałym złączem w cenie noclegu. A jeśli masz ze sobą jakiś osprzęt pozwalający na korzystanie z wifi, zasięg powinieneś złapać w każdej kawiarni i części pubów. Jako, że przebywasz właśnie w światowej stolicy hipsterów, już na tym etapie możesz rozsiąść się wygodnie z laptopem w Starbucksie (których jest tutaj zatrzęsienie), zamówić latte (preferencyjnie z odtłuszczonym mlekiem) i poczuć ten vibe życia w wielkim mieście. Alternatywne miejscówki na zakupki TBA, w kolejnych częściach przewodnika.
Nieco praktyczniejsze od Starbucksów są jednak biblioteki. Też mają wifi, a nikt ci nad uchem nie papla, nie siorbie i - co najistotniejsze - nikt nie wymaga żebyś kupił sobie latte. W końcu przyjechałeś tutaj z resztką kasy z bierzmowania; nie ma tego dużo, kawa kosztuje, a tak od razu dzwonić do rodziców z prośbą o jakiś przelew byłoby trochę upokarzające.
A więc biblioteki. Karty na razie nie założysz; do tego potrzebny jest potwierdzenie stałego adresu, którym to jeszcze się zajmiemy. Jeśli nie masz możliwości skorzystać z dobrodziejstw internetu radiowego, w bibliotekach zazwyczaj są komputery których możesz użyć do swoich - cnych i niecnych - celów. Zależnie od placówki, karta biblioteczna może być albo nie być wymagana. W Westminster Reference Library, schowanej w niepozornej uliczce między National Gallery a Leicester Square (czyli w samym centrum West Endu) wystarczy karta "gościnna", którą wystawią ci nawet na prawo jazdy. Przysługuje ci tam jednak tylko godzina surfowania dziennie.
O ile jeszcze go nie masz, trzeba będzie sobie teraz znaleźć mieszkanie. Być może z Polski znasz już gumtree - wpisz go w przeglądarce zamieniając ".pl" na ".co.uk" i ruszaj na łowy. Pzygotuj się na potężny szok ekonomiczny - za wynajem klaustrofobicznego pokoiku w średnio atrakcyjnej okolicy zapłacisz tyle, co za fajną kawalerkę w Krakowie. Na samo centrum i tak stać cię nie będzie, a trochę dalej ceny zależą głównie od odległości od najbliższej stacji metra. Gdy po dobiciu targu i wpłaceniu depozytu uznasz, że twój nowy pokój jest zbyt słabo wyposażony, wypróbuj freecycle.org - strona, na której ludzie zamieszczają ogłoszenia o rzeczach, których nie opłaca lub nie chce im się sprzedawać, a które mogą się jeszcze komuś przydać. Bez problemu powinieneś znaleźć tam dla siebie jakiś fajny telewizor, biurko, podwójną wersalkę tudzież stos książek kucharskich.
Metro jest krwiobiegiem Londynu; jeżeli nie masz do niego łatwego dostępu, skażesz się na wieczną tułaczkę autobusami, które co prawda dojeżdżają wszędzie, ale zajmuje im to wieczność - no, bez mała. Jest na to jednak prosta rada: kup sobie rower. Rower jest idealnym środkiem transportu; wszędzie, od biedy nawet na najbliższą stacje metra, dojedziesz dość szybko, zaoszczędzisz kupę kasy na biletach, a kierowcy są nauczeni uważać na rowerzystów (choć mimo to szybko przekonasz się, iż przejażdżka na rowerze w godzinach szczytu po centrum zalicza się do z najbardziej ekscytujących rzeczy, jakie możesz zafundować sobie Londynie). Na gumtree lub ebayu powinieneś znaleźć jakiś dwukołowiec już za 40-60 funtów, choć możesz także pochodzić po jakichś pokątnych bazarach i poszukać czegoś za połowę tej ceny, jednocześnie przekonując się, dlaczego razem z rowerem powinieneś kupić porządny doń zamek. Lokalni rzemieślnicy są na tyle zdolni, że przez noc potrafią odkręcić od niefrasobliwie zabezpieczonego wehikułu wszystkie ruchome części, rano pozostawiając tylko łysą ramę. Także uważaj. To London, a nie Górki Szczukowskie.
Jeżeli przyjechałeś trochę zarobić, jedną rzecz musisz uświadomić sobie na samym początku - Anglia nie była rajem przed kryzysem, a teraz nie jest nim tym bardziej. Nie zostaniesz od ręki barmanem w fajnej knajpie, a już na pewno nie z twoim pustawym CV. Schowaj na razie honor Inteligentnego Młodego Człowieka w kieszeń i uderzaj do sieciówek: McDonalds, Nandos, Weatherspoons, Costa, Sainsbury, i tak dalej, i tak dalej, jeżeli te nazwy nic Ci nie mówią, spokojnie, wkrótce zaczną. Albo doceń to, co Bozia dała, przeszukaj ogłoszenia na polskich stronach dla emigrantów (londynek, mojawyspa, poloniusz...), wykorzystaj wszechobecne wśród angielskiej Polonii kumoterstwo, dostań robotę na budowie (jeśli jesteś chłopcem) tudzież za kasą w kolejnym "Polish Shopie" (jeśli jesteś dziewczynką) i zaczep się, przynajmniej na razie. Wiem, wiem, nie przyjechałeś do Anglii żeby dalej siedzieć z rodakami i pić po pracy polskie piwo w rytm puszczonego z komórki RMF FM, ale przecież nie chcesz po paru tygodniach dzwonić do rodziców po ten przelew, prawda? Poświęć się.
Dalej, adres zameldowania. W Anglii, w przeciwieństwie do reszty cywilizowanego świata, w łazienkach nie ma gniazdek, "dom publiczny" oznacza nie zamtuz, a knajpę, a adres zameldowania nie istnieje - po sprawunki więc zamiast z potwierdzeniem meldunku będziesz latać z (nie starszym niż trzy miesiące) listem potwierdzającym twój aktualny adres - rachunkiem, wyciągiem z konta, generalnie jakąś formą korespondencji urzędowej. Tego listu będziesz potrzebował do otrzymania numeru ubezpieczenia (NIN, niezbędny, żeby pracować legalnie), założenia konta w banku, tudzież otrzymania karty bibliotecznej. Jeżeli już pracujesz, to pracodawca powinien dać ci pismo potwierdzające, że jesteś już zatrudniony w UK, i konto czy numer ubezpieczenia można ci przyznać bez większych ceregieli. Jeżeli nie dał, to znaczy że a) jest mendą; b) pracujesz właśnie na czarno; c) rozdajesz ulotki na Leicester Square. W tym ostatnim przypadku rzuć tą pracę natychmiast. Zaufaj mi. Tak czy siak, jeżeli nie masz żadnego potwierdzenia adresu, a chciałbyś je mieć, to zamówienie czegoś taniego na Amazonie, albo (jeżeli przymierzasz się w UK do studiów) uaktualnienie adresu do korespondencji na UCASie powinno załatwić sprawę.
Do tej pory pewnie zdążyłeś już złazić większą część centrum, odkrywając przy okazji, że wszystkie muzea i galerie są za darmo. Jeśli zaszczyciłeś już swą obecnością Słoneczniki Van Gogha w National Gallery i Kamień z Rosetty w British Museum warte uwagi są także Museum of London, Tate Modern, British Library, muzea na South Kensington i wiele, wiele innych. Kultura za darmo - doceń i wykorzystaj. Bilety do teatru i na koncerty są na razie równowartością twojej dziennej pensji. Może, kiedyś, ale póki co jesteś tylko kolejną wszą na tej spasionej świni kapitalizmu, Upiór w Operze musi poczekać. Jeżeli masz już potwierdzenie adresu, możesz założyć kartę w bibliotece i ponadrabiać zaległości tak w prozie brytyjskiej i amerykańskiej jak i w japońskich komiksach. Prawdopodobnie słyszałeś już kiedyś o Hyde Park, jedynym miejscu w Anglii, w którym można było NAWET skrytykować panującego monarchę? Czasy się zmieniły, za obrazę majestatu nie grozi już gilotyna, ale na Speakers Corner (patrząc na mapę: prawy górny róg ww. parku) nadal gromadzą się mówcy, komicy i kabareciarze - kolejne miejsce warte obczajenia, najlepiej w niedzielę.
Najdalej po miesiącu czy dwóch zaczynasz cierpieć na brak pokrewnego duchem towarzystwa, tęsknić za Polską i frustrować się nikłą ilością nowych znajomych; spokojnie, to powszechny problem, w dużych miastach ludzie mało ze sobą rozmawiają, a Londyńczycy to już w ogóle ograniczają się do przepychania się łokciami w metrze w celu jak najszybszego dotarcia do własnej stacji. Jeżeli postanowisz się z tego powodu upić do lustra to polecam wino - większe supermarkety zawsze mają jakieś fajne promocje, przeceny i tak dalej. Pewną alternatywą w tej sytuacji jest też oczywiście porobienie nowych znajomości. Jak zawsze niezawodny jest couchsurfing.com - nawet jeżeli masz już gdzie spać, za pośrednictwem tej strony ludzie ogłaszają multum najróżniejszych przedsięwzięć, eventów, czy po prostu wypadów do knajpy - świetny sposób na poznanie małej części mieszkańców tego najbardziej kosmopolitycznego miasta świata. A przy tym couch-surferzy to ludzie specyficzni - otwarci na innych, uważni słuchacze i świetni opowiadacze.
Jeżeli chciałbyś połączyć przyjemne z pożytecznym i podszlifować swój angielski (tudzież dowolny inny język) spróbuj wymiany językowej, language swap. Znów przyda ci się gumtree - ogłoszenia ludzi poszukujących partnerów do wymiany konwersacji mają tam całą oddzielną kategorię. Zdziwisz się, ile ludzi chciałoby się nauczyć Polskiego - choć, nie ukrywajmy, będzie dużo łatwiej znaleźć chętnych jeśli jesteś dziewczyną. I tu uwaga: spora część ogłaszających się traktuje language swap bardzo randkowo. Bez względu na to, czy zabrzmiało to zachęcająco czy też nie, musisz wiedzieć iż jest to fakt obosieczny - moje lekcje francuskiego z facetem z Algierii zakończyły się niedługo po tym, jak podesłał mi na maila swoje zdjęcia w bokserkach.
Rzecz jasna pisać można by jeszcze długo: uważaj na kieszonkowców, jak konto w banku to tylko w Barcalysie, w polskich sklepach oprócz pierogów zwykle kupisz też kupić fajki spod lady, i tak dalej, i tak dalej... No ale ileż można się rozwodzić, jedź, próbuj szczęścia i tyle. Nikt nie mówi, że będzie łatwo. Ale na pewno będzie warto.

3 comments:

  1. Przekonałeś mnie, już jadę!!!111

    ReplyDelete
  2. "Także uważaj. To London, a nie Górki Szczukowskie." BUUUUUUUUUUUUUUUUUUUURN, Francis mieszkaniec ścisłego centrum metropolii kieleckiej xD

    ReplyDelete
  3. chłopcze skąd ty takie rzeczy bierzesz. tak może było z 10 lat temu. teraz to już inne czasy. z resztą zapytaj na www.naszawyspa.me i się przekonaj jaka jest prawda.

    ReplyDelete