Niespodziewanie, nosowy głos dobiegający z głośników ukrytych niewiadomo gdzie, mąci wypełnioną klikaniem i stukaniem w klawiatury ciszę. Brzmi tutaj zupełnie nie na miejscu... Oznajmia, że ci, którzy nie są studentami Queen Mary muszą opuścić budynek w przeciągu piętnastu minut. A jeżeli nie są pewni, czy są, czy nie są, mają zgłosić się do obsługi na parterze w celu rozwiania swych wątpliwości.
Zbliża się północ. Biblioteka otworzy swe podwoje dla wszystkich chętnych już jutro, o dziewiątej rano. Żacy mogą spędzić tu całą noc. Sesja - examination period, rozszalała się już w końcu na całego.
Nauka w bibliotece jednak ma to "coś" w sobie. Nawet jeśli daleko jej do tej niemal romantycznej, Oxfordzko-Hoghwardzkiej wizji wypełnionej półmrokiem, pohukiwaniem sów, niewygodnymi krzesłami pamiętającymi jeszcze Salazara Slytherina, opasłymi książkami o pożółkłych kartkach i topiącymi się świecami, w które wlepiałoby się zmęczony wzrok.
Nad moją głową biegną dwa rzędy jarzeniówek; ciepłe światło do spóły z wypitą przed godziną kawą stwarzają całkiem wiarygodne złudzenie późnego popołudnia. Siedzę w ostatnim z ośmiu rzędów komputerów. Przy drugiej ścianie jest tych rzędów jeszcze z dziesięć, na parterze pewnie kolejnych trzydzieści. Mimo to, za dnia prawie nie da się znaleźć przy nich wolnego miejsca. Teraz już się tu trochę wyludniło. Ludzie pewnie musieli się zmyć, żeby zdążyć na ostatnie metro i móc wrócić tutaj jutro rano. Cisza... A w niej postukiwania na klawiaturach, skrzyp otwieranych drzwi i pojedyńcze, zmęczone westchnienia. Skupienie aż wibruje w powietrzu. Nastraja do nauki.
Wiele jest zalet uczenia się w bibliotece. Jest całodobowa kawiarnia na parterze. Nieogarnięta ilość książek. Internet. I spora szansa, że jak zacznie się chodzić pomiędzy regałami albo wyjdzie na zewnątrz na fajkę, to zaraz spotka się jakiegoś znajomego i zacznie się z nim gadać. Rozpraszacze. Rozpraszacze są ważne. Patrząc na hałaśliwych ludzi na parterze można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że wpadli oni do biblioteki tylko po to, aby się nawzajem porozpraszać. Ale nie tutaj, na piętrze. Na piętrze jest cisza.
Już pojutrze szykuje mi się drugi poważny egzamin w tym miesiącu - German Foundations. Zabawny przedmiot, którego celem było danie nam, młodym adeptom germanistyki, pojęcia i przedsmaku, o co chodzi w tych całych studiach jeśli pominąć czystą gramatykę. Bzdury, strata czasu i energii. Nie da się jednym wykładem tygodniowo omówić całej niemieckiej lingwistyki, literatury, muzyki i sztuk plastycznych inaczej jak po łebkach. Szczęściem, nie porwali się jeszcze na historię, choć musieliśmy jej też trochę liznąć, siłą rzeczy. No francuskim też musiałem się męczyć z podobnym potworkowatynm przedmiotem.
Koło mnie piętrzy się mały stosik książek.Chcąc nie chcąc, trzeba będzie ten egzamin napisać. Na początek więc literatura niemiecka... Całkiem ciekawa, swoją drogą. Bardziej, niż francuska - choć to oczywiście tylko subiektywna opinia słabo jeszcze rozeznanego żaczka. Niemcy mają wyjątkową słabość do muzyki klasycznej - przewija się ona wciąż i wciąż w każdym opowiadaniu i książce które mieliśmy na tapecie. W szczególności Wagner - choć zupełnie nieatrakcyjny dla współczesnych uszu, z czym zgadza się nawet nasz wykładowca, niemiecki profesor starej daty.
Rat Krespel Hoffmana, o ekstrawaganckim mieszczaninie, który nie pozwalał córce śpiewać z obawy, że ta od tego umrze...
Tristan Manna, pełna symboliki i odniesień do germańskiego eposu opowieść o niewydarzonym pisarzu, który zakochał się w mężatce po odegraniu z nią na fortepianie fragmentu wagnerowskiego Tristana i Izoldy...
Effi Briest Fontane'a, rozgrywająca się w Prusach Zachodnich (dzisiaj: Pomorzu Gdańskim) opowieśc o kobiecie, która zdradziła swojego męża...
Todesfuge Celana, zbudowany na podobieństwo muzycznej fugi wiersz o hitlerowskich obozach koncentracyjnych...
To wszystko i jeszcze więcej już jutro, w środę. Boże, daj mi cierpliwość i odbierz internet.
Moi angielscy znajomi, nieprzyzwyczajeni do "złotego, radzieckiego systemu edukacji" jak to ujął mój Słowacki kolega z roku, musieli zacząć się uczyć do tych egzaminów już w połowie kwietnia. JJa wyszedłęm z założenia, że jeden-dwa wieczory na egzamin powinny wystarczyć. No bo, nie oszukujmy się; materiału na ten egzamin mam do ogarnięcia mniej więcej tyle, ile w liceum na jeden-dwa większe sprawdziany z polskiego. No ale przecież tak fajnie pobiadolić czasem, oznajmić całemu światu, jakim to pilnym jest się studentem i jakże fajnie o pierwszej w nocy siedzieć w uniwersyteckiej bibliotece. Na przyszłych latach ponoć już faktycznie trzeba się uczyć. Komputer po mojej prawej jest tego dowodem: piętrzą się koło niego grube podręczniki do chemii i biologii, dwie butelki wody i rolka papieru toaletowego; monitor obklejony jest zapisanymi kawałkami kartek, a klawiatura odsunięta na bok przez gruby stos notatek. Krzesło zajmuje materiałowa torba wypchana książkami. Dziewczyna (bo tylko dziewczyny są zdolne do robienia takich rzeczy) która zajmowała to miejsce najwyraźniej zarezerwowała je sobie ową torbą i wróciła do akademika odespać ostatnią zarwaną nockę. Wszędzie indziej w Londynie torba już dawno by zniknęła. Ale nie tutaj, na campusie. Na campusie jest bezpiecznie.
Jakiś Bangladesz przede mną ogląda na youtube głupie filmiki z sobowtórami Bin Ladena i rechocze jak głupi. Byłoby to równie irytujące gdyby był Anglikiem czy Polakiem, ale teraz denerwuję się, nazywam go w myślach pieprzonym ciapakiem, a chwilę potem mam wyrzuty sumienia i czuję się podłym rasistą. Ach, Britain... Chociaż gadałem ostatnio z jednym Anglikiem, studentem politologii. Wygłosił mi całą tyradę na temat skandalu, jakim jest pozwalanie imigrantom na prowadzenie własnych szkół, jak to rząd jest zbyt pobłażliwy dla mahometan (szczególnie tych siedzących na zasiłku), i jak to ich wszystkich powinno się stąd deportować zanim podłożą kolejne biomby w metrze.
- Wow, you're so politically incorrect! - Zawołełem zachwycony.
- All the English are - mruknął w odpowiedzi.
Cóż, coraz bardziej przekonuję się, że to prawda. Niemniej jednak - od niepoprawności do nietolerancji jeszcze daleko. Mimo wszystko, a może właśnie dlatego, postanawiam przebaczyć temu rechoczącemu Bangladeszowi przede mną.
Chyba wypadałoby mi się już zbierać. Oczywiście, nic prawie nie zrobiłem. Trzeba było przecież poprokrastynować, przeglądnąć wszystkie ulubione strony, wypić kawę, dwa czy trzy razy zejść na fajkę, pogadać z tym czy z tamtym... Cóż, jutro też jest dzień. I jest też biblioteka.
*
British Verb for Today: to nick something - ukraść, podprowadzić, zaiwanić.
- Where have you got that book from?
- I nicked it from the library!
This comment has been removed by the author.
ReplyDeletePotwierdzając Twoje słowa - na którym piętrze obkuwasz? Ja zmajstrowałem sobie ofis z przyniesionego stołu, dwóch parawanów i plastikowego krzesełka - na 1szym piętrze przy komputerach :)
ReplyDelete