Sunday, 3 April 2011

XI - Ahh, Americans!...

Wszyscy uwielbiamy dr Sommers.
Dr Sommers ma jakieś 28 lat i już jest doktorem, każe na siebie mówić Katerina i co najistotniejsze: jest ze Stanów. Prowadzi wykłady z lingwistyki germańskiej i tłumaczeń niemiecko-angielskich, na których zwykła siadać po turecku na ławce pośrodku sali, zwracać się do nas per 'guys', przy okazji entuzjastycznie uczestnicząc w Brytyjsko-Amerykańskiej wymianie kulturowej. 

W Polsce zazwyczaj uczą nas angielskiego co prawda z brytyjską pisownią (tak, tak, amerykańska jest inna; chodź to stosunkowo subtelne różnice), ale z amerykańską wymową - bo łatwiejsza. No ale co tu się oszukiwać, życia i języka uczymy się głównie poza szkołą i tak przez Hollywood, 4chana i Blizzarda bombardowani jesteśmy amerykańskim z jego slangiem, wulgaryzmami i idiomami. Większość z nas liznęła coś w szkole z tematu „British vs American English”. Jedni mówią tube, a drudzy subway. No i jeszcze lift - elevator. Wymowa inna, no trochę. O, naiwni. Nie macie pojęcia ile tych różnic jest i jakże są one istotne. Istotne o tyle, że Brytyjczycy podchodzą do sprawy śmiertelnie poważnie, z góry i z politowaniem patrząc na każdego, kto bez porządnego uzasadnienia ośmieli się wtrącić coś amerykańskiego do konwersacji – a porządnym uzasadnieniem może być li i tylko amerykański paszport. Choć przypuszczam, że i tą wymówkę nieraz trudno im zaakceptować. Pooglądawszy trochę tutejszej telewizji łatwo zauważyć, że Brytole zbijają się z amerykańskiej otyłości i bogactwa z równym upodobaniem, co my zbijamy się z niemieckiego typu urody. Wyspiarze dość wyraźnie mają lekki kompleks względem swojej starej kolonii.
Przez wykłady z dr Sommers pewnego dnia powitałem znajomych pogodnym: „What's up guys?” i z miejsca zostałem wyśmiany. Gdy innym razem określiłem kogośtam jako 'douchebag', mój rozmówca spojrzał na mnie zdegustowany stwierdzając, że „Douchebag? This is pretty american”. Zreflektowałem się natychmiast, po czym po krótkiej dyskusji zgodziliśmy się, że Wanker brzmi dużo lepiej. Jemima z upodobaniem poprawia moje amerykanizmy w wymowie („Frank, it's a 'kaszpojnt' not a 'keszpojnt'”), a Jade zaglądnęła kiedyś w moje notatki i pochwaliła mnie za używanie brytyjskiej, a nie amerykańskiej pisowni. W wystawianej na uniwerku sztuce zainspirowanej wyprawą scenarzysty do Berlina nie mogło zabraknąć zdania: „I can't understand why Germans sound so American when they try to speak English. Who would possibly like to sound American?!”.

Przypuszczam, że nie wszyscy tutaj wiedzieliby o co chodzi, gdyby zapytać ich o najbliższy ATM. I nawet nie próbujcie skomentować czyjejś wypowiedzi tak nadużywanym w amerykańskich filmach słowem 'gross'. Co prawda Charlie twierdzi, że ona ciągle mówi 'gross', ale to tylko źle o niej świadczy.

Ostatnio, podczas wykładu, dr Sommers zaskoczyła nas pytaniem, czy mamy 'an eraser'. Anglicy potrzebowali dłuższej chwili, żeby przetrawić to pytanie, w końcu jednak ktoś rzucił się i zaczął grzebać w piórniku.
- How do you call an eraser in England? - zagadnęła w tym czasie pani doktor.
- A rubber. 
- Oooh, we call a rubber something else – tu nastąpiła przerwa na salwę śmiechu. - I wouldn't ask you for that, it would be inappropriate. So, how do you call a condom then? 
- Just a condom. Or a johnnie. Or...
- All right, all right, I don't need a whole lexicon!

Nie było mnie na tamtym seminarium, ale wiem z opowiadań, jak to na początku roku ktoś zwrócił się do naszej Amerykanki per „missis Sommers”. Oburzyła się, zaczęła na bogu ducha winnych żaków ciskać gromy, czy ona naprawdę jest aż taka leciwa i czy wygląda im na jakąś starą pannę, i trzeba było ją uspokajać i wytłumaczyć cierpliwie, że w ten sposób właśnie zwraca się do nauczycieli w Anglii. Też już jakiś czas temu dr Sommers napisała nam na tablicy trzy słowa: „marry, Mary, merry” i zaczęła swój wykład:
- You see guys, here we have a nice example of language evolution in English. These are three different words, but we all pronounce them in the same way: „mery, mery, mery”.
Zapadła taka chwila niezręcznej ciszy, Anglicy popatrzyli się tylko po sobie, potem na nią, potem znowu po sobie i wydukali w końcu nieśmiało:
- Eeeemm... No?
Po czym uświadomili ją, że pierwsze wymawia się przez 'a', drugie krócej, a trzecie dłużej. Nasza lektorka była naprawdę podekscytowana tym lingwistycznym odkryciem.

Innym razem mieliśmy przetłumaczyć na angielski 'etwas schwarzes' no i oczywistym rozwiązaniem wydawało się być 'something black'. Katerina nie była jednak taka pewna.
- Does that sound right to you? Because my american mind goes like: „Black? No-ooo!... Afroamerican.”

Parę tygodni temu, na początku seminarium, rzuciłem propozycją, żebyśmy przenieśli się na dwór, na co Katerina odparła tylko: „Sure, why not”. Oberwało mi się potem za ten pociąg ku naturze, bo choć słonko faktycznie było przeurokliwe, to wiatr nadal dość arktyczny. Co nie zmienia faktu, że lekcja na ławkach przy Regent's Canal i tak zyskało sporo na uroku.

Dzięki naszej wyluzowanej, młodej doktorce możemy posmakować, jak wygląda edukacja w Stanach. Jej wykłady są energiczne, treściwe, zorganizowane, konkretne; nie musisz nawet zastanawiać się, co powinieneś notować, bo w zasadzie wiesz to instynktownie. Cała moja grupa jak jeden mąż deklaruje, że będzie chodzić na zajęcia z lingwistyki w przyszłym roku.

Amerykanie w ogóle są fajni. Zacząłem ich spotykać odkąd jestem w Londynie; przybywają głównie w ramach różnorakich wymian międzynarodowych, postudiować semestr lub dwa. Chodź zdarzają się i tacy, którzy przyjeżdżają tu na całe studia: czesne za uczelnie w Stanach są tak wysokie, że i tak opłaca im się to bardziej, mimo że muszą płacić za studia w UK dużo więcej niż obywatele UE, a loty do Ameryki zaczynają się od 500 funtów. Mają w sobie coś, co tłumaczyłoby, dlaczego przez tak długi czas to oni rozdawali karty w światowej polityce. Pewni siebie, chodź nie do przesady, z instynktem zdobywcy (jak już tutaj przyjadą, to wykorzystują każdą wolną chwilę na rozbijanie się po całym kontynencie), otwarci, posiadają zadziwiającą umiejętność zagadywania i podtrzymywania rozmowy z kimkolwiek i o czymkolwiek. No i jeszcze, rzecz jasna, ogromni patrioci. I nawet jeśli wyda się to nieprawdopodobne, to w tym ostatnim może konkurować z nimi tylko jedna nacja: Polacy. Tylko obywatele tych dwóch krajów są w stanie do każdej konwersacji wtrącić coś w stylu „Really? But you know, in the States/Poland for example...” oraz raz zapytani, rozwodzić się nad walorami swojej ojczyzny przez dobry kwadrans.

*

Brytyjskie słówko na dziś: panowie, jak po angielsku jest 'walić konia' tudzież mówiąc ładniej, onanizować się? Jerking off? O, broń Boże. To po amerykańsku. Na Wyspach jest to po prostu 'to wank' (I wank, he wanks, I'm wanking...). Warto zaznaczyć, że nazwanie kogoś 'koniotrzepem' tudzież 'waligruchą' (wspomniane już wcześniej 'wanker') jest w Anglii wyjątkowo popularnym przezwiskiem (What are you doing, you wanker!?), oraz że 'wank' funkcjonuje także jako rzeczownik (I had a wank, and then cleaned the keyboard).

3 comments:

  1. zdecydowanie moj ulubiony

    ReplyDelete
  2. A co z 4chanowym fap?
    I zmieniłbyś tą czcionkę do tytułów na coś bardziej drukowanego

    ReplyDelete
  3. Nie, nie, Brytole nie fapują, wankują tylko i wyłącznie. I daj spokój mojej czcionce, spoko jest.

    ReplyDelete