Sunday, 6 February 2011

X - A Short Story of Five Vodka Bottles

Początki nowego semestru nie były łatwe. Czy może, inaczej: początki nowego semestru zaczęły się od lekkiego falstartu. Ale może od początku.

Na piątek wieczorem, zaraz po moim powrocie do jukej, zaplanowano kolejny spęd Theatre Company, podczas którego miały być przedstawione propozycje autorskich spektakli do wystawienia podczas trzeciego już 'festiwalu' organizowanego przez wyżej wymienioną instytucje. Z tegoż powodu, nauczony zachęcającym doświadczeniem w przeszłości, ochoczo przystąpiłem do uskuteczniania mojego szczwanego planu mającego prowadzić do znacznych oszczędności na alkoholu i zdobycia całej masy nowych znajomych. Gdy więc nadszedł rzeczony dzień, spożyłem kolacje w przemiłym towarzystwie 0,7 polskiej Wyborowej, po trzech kieliszkach uznałem, że powinno wystarczyć i ruszyłem do New Globe. Gdy już dotarłem na miejsce, zakupiłem browara i rozsiadłem się wygodnie z tyłu salki na piętrze, przewidzianej dla takich nieformalnych zgromadzeń i zacząłem przysłuchiwać się wygłaszanym mowom.

Ciekawostka: Kufle, w których podaje się piwo, mają najwyraźniej podobną pojemność w Polsce, co i na Wyspach. Z tym, że w Polsce do tych kufli leje się pół litra złocistego trunku, a w UK – pinta (≈568 ml). W Polsce ostatnie półtorej centymetra kufla pozostaje puste, w Anglii piwa nalewają ci po sam czubek. Przez tą rozbieżność podczas ostatniego pobytu w Kraju Lat Dziecinnych musiałem powstrzymywać się od odruchowej chęci nakrzyczenia na barmana za każdym razem, kiedy ten podawał mi moją Wareczkę tudzież Tyskacza.

Gdy browar się skończył, stwierdziłem, że to zdecydowanie za mało, więc skoczyłem do off-licensa po puszkę Stelli i, weh mir, oh weh, zrobiłem coś, czego nie robiłem już bez mała odkąd zacząłem regularnie podkradać ojcu żyletki do golenia: wniosłem ją za pazuchą do knajpy. Otwarcie jej cichcem pod stołem oczywiście skończyło się spektakularnym niepowodzeniem: połowa sali zaciekawiona odwróciła głowy w moją stronę, a ja z braku laku mogłem zrobić tylko „Szszszsz!”, że niby spoko-loko, konspiracja, patrzcie taki jestem cwany. Cel blefu został jednak osiągnięty; stojący najbliżej Jeff pokiwał nawet głową na znak aprobaty dla mego rebelianckiego aktu. W tenże sposób wypiłem drugie piwo. Po wysłuchaniu wszystkiego co było do wysłuchania, wypaleniu kilku fajek i pogadania z paroma ziomkami stwierdziłem, że trzy kolejki to zdecydowanie za mało i trzeba wrócić do domu, najebać się porządnie, a do New Globe zawitać z powrotem na bansing koło północy. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem, w moich drogich współlokatorach natychmiast znajdując towarzyszy do wódki...


*

Obudziłem się już w sobotę, w skarpetkach, zawzięcie klnąc pod nosem. Łyknąłem ostatnią, przywiezioną z Polski tabletkę Ibupromu. Że też zapomniałem kupić go więcej w te święta. W kuchni znalazłem nie jedną, ale dwie puste flaszki po wódce, obie moje, przy czym w tej drugiej ledwie zmoczyłem usta. Jak też oni śmieli je wypić beze mnie! Z tego co się później dowiedziałem, to wszystko przez Tomka, „przyjemnie puszystego” chef de partie który z nami mieszka, o którym jednak złego słowa napisać nie mogę, bowiem ostatnio dostałem od niego budyń z Sainsburego i obiecałem, że za tą przysługę wspomnę o nim na moim blogu - co też niniejszym czynię. Wtedy jednak, w sobotę, nie pozostało mi już nic innego jak tylko porechotać sobie masochistycznie z własnej głupoty. Bansing, kurwa. Nawiązywanie nowych znajomości, kurwa. Oszczędności, no ja pierdole. Katecheza pierwsza: Nigdy nie mieszaj polskiej wódki z angielskim piwem. Nigdy.

*

Tydzień później, w czwartek, odbywało się pierwsze od dłuższego czasu spotkanie Polish Society, w jeszcze innym, pobliskim pubie. W Anglii na jedną ulice przypadają co najmniej trzy knajpy, także prawdopodobnie nie udałoby mi się wyczerpać ich zapasu nawet, gdybym zapisał się jeszcze do piętnastu innych stowarzyszeń, a każde z nich upatrzyło by sobie inną miejscówkę.
Na spotkanie PolSoc niespodziewanie przybyło tyle ludzi, że powoli zaczęło nam się robić ciasno w malutkim 'R-Bar'. W związku z zaistniałą sytuacją Dominika zarzuciła propozycją przeniesienia imprezy do jej mieszkania nieopodal. Opcja przywitana została z entuzjazmem, a ja, na takie dictum, natychmiast ruszyłem do domu po kolejną flaszkę przyimportowanej z Polski wódki.

Gdy byłem z powrotem, impreza kręciła się już na całego. Sporo ludzi. Oprócz licznie zgromadzonych Polaków było nawet, między innymi, dwoje Niemców, jeden przezabawny Argentyńczyka i niebrzydka Francuzka, szybko wzięta w obroty przez przezabawnego Argentyńczyka. Ja tymczasem zaprzyjaźniłem się z Danutą z Ostrowca, w której natychmiast odnalazłem pokrewną duszę. Z miejsca umówiliśmy się na picie podłego alkoholu gdzieś w na świeżym powietrzu – czego Anglicy robić nie zwykli, niestety! Danuta co prawda przestała odbierać jakiekolwiek bodźce w jakąś godzinę po tych uzgodnieniach, niemniej jednak nie utraciła przez to mojego respektu. Choć kto to widział ojebać w półtorej godziny dwie flaszki szampana i n kolejek wódki? No, w każdym razie z resztą towarzystwa bawiliśmy się wyśmienicie aż do północy, kiedy to wszyscy zaczęli się zbierać. Pierdolony, Londyński tube. Z kim bym nie gadał, na całym świecie metro jest albo całodobowe, albo kursuje choć do trzeciej nad ranem. NAWET w Wawie metro jeździ w piątki i soboty do 2:30. Tutaj ostatnie pociągi odjeżdżają koło północy, a maruderom zostają autobusy. To jak cios wymierzony w samo serce przeciętnego studenta.

*

Tej samej nocy pojawiła się idea wspólnego wypadu na clubbing na Leicester Square (czyt: 'Lester' a nie 'Leiczester' Square, nikt nie wie dlaczego) – turystyczne centrum miasta. Do jej realizacji przystąpiliśmy dziesięcioosobową grupą od razu nazajutrz – przez internet kupiliśmy studenckie wejściówki otwierające nam podwoje aż siedmiu klubów w centrum. 8 funtów – czyli jak na Londyn, zajebiście tanio. Dress code obowiązywał – trzeba było odkurzyć buty od garnituru, choć jak okazało się w praniu, bramkarze nie byli co do ciuchów zanadto restrykcyjni. Spodziewając się drożyzny przy barze, już w tjubie wziąłem się za pociąganie Lambrini – tego samego szampana, który dzień wcześniej zamordował Danutę - na zmianę z Wyborową z piersióweczki.

Leicester Sqare gdzieś z góry
Na Leicester Square okazaliśmy wydrukowane rachunki i odebraliśmy opaski na rękę. Wpadliśmy najpierw do Zoo Bar – skusili nas obietnicą darmowych shotów na wejście. Spoko, szkoda tylko, że w połowie składały się z wody. Odstaliśmy swoje w kolejce do szatni (płatnej) i ruszyliśmy na bansing. Ludzi od zajebania. Kolejki do barów. Małe piwo za cztery i pół funta, kurwa o ja pierdole. Klub miał dwa piętra i trzy sale, każda z inną muzyką. Pokiwaliśmy się trochę w sekcji popu, przeszliśmy do sekcji techno-niewiadomoczego, dłużej potańczyliśmy przy R&B, po czym stwierdziliśmy, że zmieniamy lokacje. Znowu odstaliśmy swoje przy szatni (na szczęście za odebranie płaszczy nie kazali nam już płacić) i poszliśmy stać w kolejce do Ruby Blue. Dziewczyny weszły wcześniej, z chłopakami poszliśmy na pizzę i zostaliśmy w tyle. Bramkarz wzbronił nam wejścia argumentując, że w środku jest za dużo facetów i teraz wpuszcza tylko laski tudzież 'balanced groups'. Trzeba było więc wyciągnąć nasze, bez skojarzeń, laski z środka. Gdy już się pojawiły, próbowałem przekazać bramkarzowi, że już jesteśmy balanced, na co on stwierdził, że na niego krzyczę i że mnie nie wpuści, foch, szkoda że jeszcze nóżką nie tupnął. Polak do tego, jak się okazało. Towarzysze się nade mną ulitowali i poszliśmy postać sobie w kolejce do TigerTiger. Francuzka tylko się na mnie wydarła, że ten Ruby Blue to był jedyny klub na Leicester Sqare w którym jeszcze nie była, BECAUSE OF YOU!... No nic. Znaczy się, to było na żarty, co i tak nie zmienia faktu, że Francuzi są dziwni.

TigerTiger
Do Tigertiger dostaliśmy się już bez większych przeszkód. No, jeśli pominąć 20 minut w kolejce przed wejściem i pół godziny w kolejce do szatni (płatnej). Klub był ogromny i chyba najbardziej znany z tych wszystkich w okolicy – dużo słyszałem o nim wcześniej, choć dopiero wtedy pierwszy raz zobaczyłem go na oczy. Trzy piętra i chyba z pięć różnych parkietów – najdłużej zaczepiliśmy się na sali w klimatach lat 70'/80', z obowiązkową, podświetlaną podłogą. Jednak mimo podłogi, Abby i Jacksona w sumie najbardziej podobały mi się legendarne 'random drunk conversations' podczas mych regularnych wypadów na fajkę przed klub. Poznałem typa z Rumunii o imieniu Tyberiusz. Łał. Aspekt socjalny palenia działa w Anglii równie dobrze jak w Polsce.
Koło trzeciej w nocy wyłączono muzykę delikatnie sugerując zgromadzonym, żeby sobie już poszli w pizdu. Kolejny angielski absurd. To i tak średnio godzinę później niż w większości innych miejscówek – z New Globe wyganiają ludzi o drugiej. Jeżeli brak nocnego metra jest wbiciem noża w serce, to zamykanie wszystkiego najpóźniej o trzeciej jest już pastwieniem się nad nieboszczykiem. Nie zostało nam nic innego jak tylko wpaść na kanapki do Subways (bo Subways jest otwarte całą dobę) i złapać nocnego busa.

Reasumując: niemożebny tłok, niemożebne kolejki, niemożebna drożyzna i do tego jeszcze penisy na stanowiskach bramkarzy. Oraz muzyka, która ni mię ziębi, ni mię grzeje. Od dzisiaj ograniczam się do knajp i domówek. Postanowione. Tak.

*

Tydzień później, z czwartą flaszką wódki w torbie, zawitałem do mieszkania Charlie, koleżanki z roku. Charlie ma szalenie sympatycznych współlokatorów, których poznałem już wcześniej, także gdy zasugerowała mi wspólne pre-drinks, a potem wypad gdzieś na miasto, nie oponowałem. Na miejscu okazało się, że jestem powszechnie rozpoznawalny pod ksywką „Vodka-Frank” - to chyba przez tą Halloween-party, na której byłem u nich ostatnio i latałem po mieszkaniu z 0,7 Absolwenta w ręce próbując przekonać ludzi, żeby się ze mną napili. Tym razem zawitałem do nich z Lubelską Cytrynówką („No, you have to drink it in shots, you mustn't make drinks out of it!”). Generalnie zebrała wyśmienite recenzje, a Ray chciał się nawet dowiedzieć, czy można to gdzieś tutaj kupić.

„Come on, how many really British people are in here? Two? O, sorry, three. We're all fucking immigrants. I'm quarter Asian! And you Charlie, you're black! You came here by truck!”
Szalenie podobało mi się to, że przez cały wieczór wszyscy zrzucali się wzajem ze swoich przynależności rasowych, narodowościowych i tak dalej – bez agresji, dla żartu. Faceci sprzeczali się, kto założył najbardziej gejowską koszulę – Owen, gej z Newcastle śmiał się razem z całą resztą. Nieco później zawarto zakład, że będą odpinali jeden guzik u koszuli na każdego chłopaka który będzie próbował poderwać któregoś z nich.
Tak właśnie, w praktyce, wygląda tolerancja - stan umysłu raczej jak zdolność nabyta. Bo nie chodzi o to, żeby udawać, że nie widzi się różnic, tylko żeby nie zawracać sobie nimi głowy. Bo w przeciwnym razie jest to zaledwie poprawność polityczna.

Nie mogliśmy się zebrać do wyjścia aż do północy, a kiedy północ już nadeszła, to w zasadzie bardziej wytoczyliśmy się, jak wyszliśmy z bloku. Moi towarzysze podążyli w stronę stacji metra, a ja natomiast po drodze spotkałem znajomych z Film Society (tak, to kolejne stowarzyszenie zapewniające mi tu życie towarzyskie) i znów wylądowałem w New Globe – coś czuję, że ta knajpa powoli staje się moim drugim domem. Mimo postanowienia o nie mieszaniu alkoholi, oczywiście musiałem sobie kupić jakieś piwo i uderzyłem w bansy. Tak, zdecydowanie lepiej skacze się do brytyjskich szlagierów w NG, niż do amerykańskiej papki w TigerTiger.

*

Następnego dnia obudziłem się z potwornym, ale to potwornym bólem głowy, zdolny do wymamrotania tylko: „To definitywny koniec naszej przyjaźni, Lubelska Cytrynówko”. Niestety, i w tym postanowieniu nie wytrwałem zbyt długo. Dwa dni później na mieszkaniu zorganizowano komitywne oglądanie „Rejsu”, spojono mnie portosem i zabowiązano do wygrzebania z szafy mojej drugiej cytrynówki. I tak też pękła ma piąta i ostatnia flaszka wódki jaką przywiozłem z Polski po świętach. Pozbycie się ich zajęło mi jakieś trzy tygodnie. W poprzednim półroczu podobna ilość alkoholu zalegała u mnie w szafie przez blisko trzy miesiące. Jakże miło stwierdzić, że moje życie studenckie wreszcie nabrało rumieńców.

*

Brytyjskie słówko na dziś: Booze (wymowa: 'buuz') – czyli mało formalna nazwa na każdy rodzaj alkoholu. Przykra sprawa, ale nie mamy równie fajnego słowa w polskim – a szkoda, przydałoby się przecież. Zwykło się mówić po prostu 'alkohol' tudzież 'procenty', z czego to pierwsze jest za długie, a to drugie – żalowe.

No comments:

Post a Comment