- To jeszcze podręczny poproszę.
Z drżeniem serca położyłem wypchaną torbę na wadze. Reakcja była natychmiastowa.
- Ooo, tak to nie będzie. Już ta jest dwa kilo za ciężka (tu wskazała na wypełnioną wódką, ciuchami, paroma zeszytami i wódką torbę nadawaną), a ta to już w ogóle, waży 15, a może najwyżej 10.
Obsługująca mnie panienka w ryanairowym granacie rozkazała mi zmniejszyć mój bagaż 'podręczny' do wymaganych dziesięciu kilo i aby upewnić się, że to zrobię, podpierdoliła mi bilet.
"O ty ruda pizdo..." pomyślałem, choć była blondynką. No ale cóż, tak, jasne, trudna rada, oczywiście, oczywiście, weź żesz już tylko i przepuść tą dwa kilo za ciężką, o, tak, dziękuję pani bardzo, obyś po śmierci smażyła się w piekle, mór na ciebie i na dzieci twoje, tfu, tfu, tfu.
Odjechałem kawałek moim trolleyem z pozostałą mi torbą (czasem miewam wyrzuty sumienia, że używam tylu anglicyzmów, ale 'trolley' po prostu brzmi dużo lepiej niż 'torbowóz'). Rozglądam się. Lewa, prawa. Nie no, nie tutaj, obciach, tyle ruchu, ludzi, cudzoziemców nawet i w ogóle. Przed chwilą słyszałem jakiegoś Niemca. A Angoli to już w ogóle zatrzęsienie. Dziwne, kto by chciał przyjeżdżać do Krakowa? Wydawało mi się, że stąd się tylko wylatuje.
Mama wybrała właśnie ten moment, żeby zadzwonić i zapytać jak mi tam, przekazać, że będzie tęsknić i tak tylko przy okazji, to musi mi powiedzieć, bo ona wiedziała to wcześniej, ale teraz to właśnie przeczytała, w jednej bardzo mądrej książce, i musisz to wiedzieć Franciszku, że prezerwatywa NIE CHRONI PRZED AIDS i...
- Na razie mamo - odparłem i rozłączyłem się. Mamusi od pewnego czasu moja życie poczęło jawić się jako jedna wielka seksualna orgia wypełniona każdą możliwa odmianą bezeceństwa i sodomii. Poprzednim razem na lekcje uzupełniające z przygotowania do życia w rodzinie zebrało się jej w niedzielę o ósmej rano, kiedy właśnie wróciłem ze studniówki w mojej starej szkole i myślałem już tylko o tym, aby jak najszybciej rzucić się na wyro. To był trzeci i jak dotąd ostatni raz w moim życiu, kiedy to z ust mych padło: "Mamo, kurwa mać..."
Nic to, jadę dalej. Rozwaliłem się przy ruchomych schodach i już to zabieram się do rozpakowywania torby.
Ser żółty jeden, ser żółty dwa, pół kilo baleronu, ser żółty trzy (mozzarella), słoik bigosu? O nie, dzięki Bogu, jest już w drugiej torbie, śledzie, pół kilo kotletów, ser żółty cztery (wędzony) pieczeń wołowa (ponad pół kilo) oraz, ja pierdole, mamo, mówiłem ze nie chcę tej krakowskiej 580g, okazja, najlepiej spożyć przed dwudziestym ósmym marca. No i jeszcze drobnostki takie jak laptop i pół torby książek, no ale ich przecież nie wypierdole, gdy stanę przed tą ostatecznością. Nauczony starym doświadczeniem, zacząłem upychać co się dało w kieszeniach płaszcza, po czym ruszyłem z powrotem do wagi. Gdy ujrzałem, że żona Hitlera obsługująca mnie ostatnio gdzieś sobie poszła, zapaliła się przede mną iskierka nadziei, alas, zbyt wcześnie.
- 12 kilo. Musi pan coś jeszcze wypakować.
No kurwa.
- Niech pan poupycha po kieszeniach, do kurtki, spodni... - Poradzono mi życzliwie.
Taaak?!
Pięć minut później byłem już z powrotem.
- No pięknie! - pochwaliła mnie obecna znowu żona Hitlera, jakbym, nie przymierzając, właśnie zrobił swoją pierwszą kupkę. Licznik ogłaszał dumnie: 9,6 kg. Zwrócono mi bilet i oświadczono:
- Ja będę stała na tej bramce, także żeby tam nie było żadnych przekrętów!
Obyś szczezła, mendo przebrzydła.
Ruszyłem w kierunku odprawy paszportowej. Powoli robiło mi się gorąco. Mój płaszcz ważył już w końcu jakieś 10 kilo. O, dzięki Ci Najwyższy za głębokie kieszenie. I za tą bluzę z kapturem, kupioną przed wyjazdem. Do kieszeni na brzuchu zmieścił się jakieś pół kilo sera oraz baleron. Że też nie pomyślałem o tym, żeby wykorzystać jeszcze przestrzeń w kapturze!
Po drodze musiałem przedostać się jeszcze przez bramki i pozwolić prześwietlić sobie torbę. Zgodnie z procedurami gorączkowo wypakowałem laptopa, wszytko ze śladową zawartością metalu z kieszeni, zająłem chyba ze cztery pudełka z przydziałowych dwóch i gdy myślałem już, że to wszystko, wojskowy w khaki spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział:
- Bluzę też niech pan włoży.
No tak, ten ser żółty który wystawał mi z kieszeni mógłby się przecież okazać bronią biologiczną. Szybko rozdziałem się i z tej sztuki odzieży i już chciałem przejść przez bramkę.
- Te książki ze spodni jeszcze proszę wyjąć.
Ach, niemal zapomniałem. Nic to, gramatyka języka niemieckiego dla zaawansowanych (nawet nie wiecie, ileż ten głupi papier może ważyć!) i dwa zeszyty też wylądowały na skanerze. Starając się nie myśleć o tym, że stojący za mną ludzie prawdopodobnie patrzą na mnie właśnie jak na idiotę, a już na pewno jak na zakałę narodu, przeszedłem przez bramkę. Ach, nie zapiszczała. Jestem więc nieszkodliwy i mogę iść dalej. Przeżyłem co prawda chwilę grozy zastanawiając się, czy aby mozzarella nie jest półpłynna i czy nie zostanie potraktowana jako zagrożenie bezpieczeństwa, na szczęście jednak przyjęto ją z pełnymi honorami ciała stałego. Odsunąłem się z całym tym moim rabanem na bok i próbowałem pozbierać się na powrót do kupy, gdy mama zadzwoniła ponownie, na szczęście nie poruszając już tematów mych przyszłych chorób wenerycznych, a chcąc tylko mnie jeszcze usłyszeć, nim wsiądę do tego samolotu i, a nuż, zginę. Oświadczyłem, że jest do dupy, że nie jestem zły, tylko spałem dziś ledwie trzy godziny (prawda), że jaja jak berety z tym bagażem, że nigdy więcej i żeby już dała mi spokój, bo nie wyrabiam. I że spokojnie, odezwę się, tak. Właśnie dlatego moja mama nie wie i nie dowie się, z Bożą pomocą, czym jest Skype. Dzwonienie z Polski do Anglii jest siedem razy droższe niż połączenia w drugą stronę (sic!), w związku z czym to ja dzwonię do mamy, a nie odwrotnie, raz na tydzień-dwa, kiedy mi pasuje, zapewniam że jeszcze żyję oraz że tak, od jutra rzucam palenie, i generalnie nie gadam przesadnie długo, bo trzeba jednak za to płacić, a ja przecież potrzebuje pieniędzy na alkohol. Znaczy się jedzenie.
Przeszedłem jeszcze odprawę paszportową i ustawiłem się na końcu kolejki do ostatniej bramki przed samolotem. Faktycznie, stała na niej moja znajoma z sekcji bagaży i dokładnie sprawdzała, czy rozmiary toreb są zgodne z wytycznymi. Na szczęście jednak, gdy poradziła sobie już z większością wsiadających, wraz z koleżankami musiała poświęcić nieco więcej uwagi czterem kolesiom, którzy wypili na tyle dużo, że nie kwalifikowali się na pokład, także przesmyknąłem się bez dalszych problemów. Na płycie lotniska rozkraczyłem się ponownie, pracowicie przerzucając wszystkie wiktuały, zeszyty i inne drobnostki na powrót do torby, myśląc sobie już tylko: Ufff...
*
Ryanair, jak i (przypuszczam) inne tanie i nietanie linie lotnicze ma bardzo ściśle określone wymogi na temat bagażu - w nadawanym (tym który ląduje w luku bagażowym) znaleźć może się co chcesz, o ile całość nie przekroczy 15 kg. Bagaż podręczny musi mieć określone wymiary (żeby zmieścił się do schowka nad siedzeniem), nie może przekraczać wagi 10 kg i nie może zawierać w sobie żadnych ostrych/niebezpiecznych narzędzi ani cieczy w pojemnikach większych niż 100ml - to ostatnie organicznie wprowadzono po udaremnionych zamachach w Londynie cztery lata temu, kiedy jakieś kebaby chciały wpakować się na pokład z nitrogliceryną. W mojej sięgającej dwa lata wstecz historii lotów z Ryanairem (po co sprawdzać, czy inne linie są lepsze, skoro ta jest najtańsza, prawda?) z podobnie gruntowną kontrolą spotkałem się tylko raz, wracając ze Szwecji - ale zrzuciłem to na chorobliwą manię tego narodu dotyczącą zasad i porządku. Na trasie Polska - Brytania zaś odkryłem szybko, że bagaż nadawany przekraczający dozwoloną wagę o trzy kilo przepuszcza się bez większych zastrzeżeń, a podręczny, o ile tylko nie wygląda jakbyś przewoził w nim małego słonia, w ogóle nie jest mierzony ani ważony. Jadąc na święta do Polski w bagażu podręcznym przewiozłem jakieś 18 kilo, upchawszy się tylko w odpowiednio małą torbę, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Dlatego też, pewny swego, w drogę powrotną ruszyłem tak ostro przepakowany. Odpowiedź, skąd ta nagła zmiana w podejściu nadeszła zaraz po wejściu do samolotu. Najwyraźniej każdy z obecnych miał ze sobą wypchaną polskim żarciem i prezentami świątecznymi torbę. Gdy doszły do tego jeszcze kurtki i płaszcze to okazało się, że pomimo gruntownej kontroli na lotnisku w schowkach nie ma już miejsca i torby trzeba było kłaść pod wolnymi siedzeniami – z czym nie spotkałem się jeszcze nigdy wcześniej. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że podobne hece występują tylko w okresie świątecznym i następnym razem wezmę sobie tyle sera żółtego, ile tylko dusza zapragnie.
Żeby przelecieć z jednego kraju do drugiego, nawet w Europie, strefie Schengen, musisz w sumie okazać swój bilet i/lub paszport sześć razy (pięć przed wylotem i jeszcze jeden raz po wylądowaniu). Większość podobnych restrykcji została wprowadzona na przestrzeni ostatnich kilku lat, na fali manii walki z terroryzmem.
*
Brytyjska fraza na dziś: Przez dobre trzy miesiąca zastanawiałem się, jak wyrazić tak ważne dla mojej komunikacji ze światem zewnętrznym zdanie "nie chce mi się". Wbrew pozorom nie będzie to "I don't feel like it" bo to znaczy, mniej-więcej "nie mam ochoty", no a to przecież nie to samo. Jak można się było spodziewać (polscy studenci nie różnią się tak bardzo od angielskich) odpowiednie wyrażenie poznałem dopiero po pojawieniu się na uniwersytecie: Somebody can't (couldn't) be bothered to... Nie jest to oczywiście dokładny odpowiednik, może bowiem znaczyć: nie chce mi się, nie obchodzi mnie to, chuja na to kładę. W słowniku zaś znalazłem taką oto, zgrabną definicje: "If you say that you can't be bothered to do something, you mean that you are not going to do it because you think it is unnecessary or because you are too lazy."
Eg:
I couldn't be bothered to even look this up.
I'm not eating any vegetables while I'm away from home.
I just can't be bothered to look after the house.
No comments:
Post a Comment