Thursday, 6 January 2011

VIII - Grandparents in Soho

Od dzieciństwa marzyli mi się Dziadkowie.
Oczywiście, miałem swoich dziadków odgórnych, zwyczajowych i stosunkowo zwyczajnych. Jednak jest taki topos dziadka-kumpla w literaturze. Ktoś, kto zawsze posłuży mądrą radą, przysłuży się celną refleksją o życiu i świecie i z kim zawsze możesz pogadać, mimo iż jest dwie generacje starszy od Ciebie. Fajna wizja; nęcąca tym bardziej, że mocno abstrakcyjna. Ale wiecie, brzdącem będąc, noc przed moimi 11 urodzinami spędziłem na pełnym napięcia oczekiwaniu na sowę z Hogwartu. Zawsze byłem, jestem i będę rozmarzonym dzieckiem.

Znalazłem moich Dziadków w Londynie, 1726 kilometrów od domu.
Dawno temu w Polsce, przez artykuł w Cogito odkryłem stronę hospitalityclub.org, działającej w ramach idei couchsurfingu – czyli ludzi, którzy gotowi są Ci udostępnić na noc lub dwie kanapę , czy tylko miejsce na podłodze w swoim domu - ot tak, dla idei. W zamian za rozmowę i towarzystwo. Nim przyleciałem do Anglii, przez HC napisałem wiadomości do kilku londyńskich użytkowników – bardziej jednak pod kątem poszukiwania znajomości jak miejsca do spania. Odpowiedziało tylko jakieś małżeństwo – Liz and Martin. Po wymianie kilku maili zaprosili mnie do siebie „for a drink”.

I cóż... W dwa dni po swoim przyjeździe zlokalizowałem podany adres na mapie, wsiadłem w autobus i punkt siódma PM zadzwoniłem domofonem do jakiejś stojącej na skrzyżowaniu dwóch klaustrofobicznych uliczek kamienicy. Na Teutatesa, nie mam pojęcia co ja sobie wtedy myślałem. Prawdopodobnie to co zwykle, czyli: „Raz się żyje!”. Zabawne; gdy tak o tym myślę, to mnóstwo rzeczy przewinęło by mi się przed nosem, gdybym za każdym razem bał się, że mnie zgwałcą, okradną, porwą i sprzedadzą na części zmienne do Szanghaju. Albo gdybym przejmował się pieniędzmi. Pieniądze... Dajcie spokój. Najbardziej przeceniany element naszej rzeczywistości. Ludzie za bardzo się nimi przejmują.

Z jakiegoś powodu założyłem, że spotkam parę, najwyżej, 30-to latków. Poczułem się więc nieco zbity z tropu, gdy drzwi otworzył mi posiwiały emeryt o akademickiej aparycji i zabrał się do zdejmowania mojej kurtki i zapraszania na pokoje. Mikroskopijny moment wahania, stare „raz się żyje!” plus jeszcze „no emeryci chyba mnie nie zgwałcą?”, po czym wszedłem do środka, gdzie czekała już na nas małżonka gospodarza oraz butelka białego wina. I tak właśnie rozpoczęła się moja znajomość z Lizą i Martinem.

Niesamowicie ludzie! On studiował chemię, ona bodajże francuski. Oboje na emeryturze, 'pushing seventy' (- prawie siedemdziesięciolatkowie). Mieszkają na Soho. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co w tym takiego niezwykłego, ale zrozumiałem to już niedługo potem. Soho to same centrum Londynu, jedna z jego najstarszych części, pełna wąskich uliczek przywodzących na myśl epokę wiktoriańską. Dawniej dzielnica burdeli i syfilisu, dziś centrum półświatka gejowskiego, sex-shopów, über modnych knajp, szykownych sklepów i stratosferycznie drogich posiadłości. Soho ożywa nocą. Butiki kończą swój dzień roboczy, neony sklepów dla dorosłych zapalają się, a niezliczone knajpy otwierają swe podwoje. Czasem, na Old Compton Street trafić można na wymuskanych chłopców rozdających ulotki do knajpy o poglądowej nazwie G-A-Y czy spacerujące Drag Queens.

W krajach bogatszych od Polski jest niejaką normą, że dobrze sytuowani obywatele, po przejściu na emeryturę, sprzedają stare mieszkanie i kupują drugie, zwykle gdzieś na wsi, z dala od zgiełku miasta, czy na przykład (co jest wyjątkowo modne w Anglii) w Hiszpani, nad morzem. Podobnie było w wypadku moich nowych znajomych – choć oni wykazali się nieco większą dawką fantazji. Ze sporym rozbawieniem relacjonowali mi swoją rozmowę telefoniczną z córką sprzed kilku lat:
- You know, we were thinking that now, as we are retired, we should think about a new house...

- Yeah, sure, that's a good idea.
- Yes. We decided to move to Soho.
(tutaj kilkanaście sekund głuchej ciszy w słuchawce)
- Parents don't do such things...

No bo jak inaczej zareagować na informacje, że twoi rodzice planują przenieść w miejsce, gdzie najbliższe Tesco jest oddalone o 15 minut drogi, a najbliższy sex-shop znajduje się w klatce obok , naprzeciwko sklepu z asortymentem do makijażu gotyckiego i księgarni gejowskiej?

Usadzono mnie na fotelu, polano białego wina, podyskutowano o polityce i zaproponowano degustacje prawdziwego angielskiego piwa - Spitfire. "It's terrible" stwierdził Martin i musiałem się z nim zgodzić - nic dziwnego, że wszystkie najpopularniejsze piwa w Anglii pochodzą z zagranicy. No i ponoć należało je pić nieschłodzone. Gdy zapytano, czego wolę dolewkę poprosiłem o wino i powiedziałem, że raczej nie mieszam alkoholi. "Oh, it's Soho!" odparli z rozbawianiem nowopoznani emeryci "You can mix here!".

Martin w czasach swoich studiów jeździł na motorze, uprawiał cave climbing (czyli, mówiąc po polsku, był grotołazem) i z zamiłowaniem maniaka pisywał do matki listy, w których relacjonował jak to często ocierał się o śmierć podczas wykonywania tych aktywności. Później przepracował sporą część życia w pewnej korporacji, dla której, między innymi, robił badania w terenie nad zwyczajami upijania się swoich rodaków - dzielił się ze mną różnymi zajmującymi wnioskami z tamtego okresu. Następnie zaczął robić karierę naukową i pracować jako wykładowca na Birkbecku - prestiżowym, londyńskim uniwersytecie wieczorowym. Akademicka maniera w jego przypadku ujawniała się głównie w zamiłowaniu do mówienia i mimowolnym ofukiwaniu żony gdy wpadała mu w słowo: "Liz, could you just let me finish, please?"

Liz w chwilach wolnych pisuje wiersze, a Martin gra na organach w pobliskim kościele. Razem zjeździli już z pół świata - byli też w Polsce. Wiedzieli wszystko o Smoleńsku, Katyniu, Solidarności, a Martin co i rusz zaginał mnie znajomością historii Polski, co sprawiło, że do tej pory czuję się tępy i niedouczony. A przecież w liceum nie olewałem całkiem tego fachu, na wypadek, gdyby w przyszłości jakimś Niemcom, Anglikom, Rosjanom czy Francuzom trzebaby było wytłumaczyć, dlaczego z kroniki dziejów jasno wynika, że są kutasami.

Na zakończenie wieczoru, mimo mych protestów, zostałem zaproszony na obiad do oddalonej o rzut browarem restauracji. Postawiono tam przed nami kolejną butelkę wina, a ja dowiedziałem się, jak wygląda turecki falafel, oraz że Anglicy kiełbaski jadają z tłuczonymi ziemniakami.

W te wakacje u Lizy i Martina byłem tylko jeszcze raz, ale za to, na początku września zadzwoniłem do nich z Bardzo Ważną Sprawą. Opowiedziałem, że wracam pojutrze na dwa tygodnie do Polski, potem zaczynam te całe studia, nie mam załatwionego mieszkania, nie będę miał gdzie się podziać, nie mam co zrobić bagażami i czy mogliby może przygarnąć mnie na parę dni, od 21-go począwszy, i że postaram się jak najszybciej zejść im z głowy. Pełen, klasyczny franek w czystej postaci – zamiast pomyśleć o przyszłości, w czasie wolnym podczas wakacji zajmowałem się chlaniem wina po parkach i uczeniem się japońskiego. Na szczęście na moich znajomych z Soho można było liczyć. Tego samego dnia zawiozłem do nich moje torby. Na nieśmiałe pytanie, czy aby nie będzie im przeszkadzać to, że następnym razem zamelduję się dopiero koło drugiej w nocy Liz odparła ze śmiechem, że przecież jesteśmy na Soho.

Szalony fortnight później rozpoczął się mój freshers week – czyli tydzień przed początkiem właściwego roku akademickiego, poświęcony na sprawy organizacyjne, integracje oraz ekscesywne picie i imprezowanie. Jak łatwo się domyśleć, liczyłem głównie na te dwa ostatnie. Ale gdzie tam, dupa. Nie załatwiwszy sobie mieszkania na campusie i nie znając nikogo na uniwerku po wszystkich spotkaniach wprowadzających potulnie wracałem do domu, zastanawiając się tylko na co mi ta cała wódka w torbie i zaczynając powoli nienawidzić tej przystani na ścieżce mej edukacji. Gazetki uniwersyteckie, w których absolwenci z rozrzewnieniem wspominali swoje ekscesy freshersweekowe z lat poprzednich, skutecznie przepełniły czarę goryczy, aż w końcu w czwartek, wieczorem, wrzuciłem flaszkę wódki do torby, ruszyłem na campus i dobijałem się do pierwszej trzęsącej się od muzyki szyby tak długo, aż wreszcie wpuszczono mnie do środka. Nie wynikło z tego nic przesadnie ciekawego, bo po dwóch godzinach nowi znajomi ruszyli na miasto. Ten czas wystarczył jednak, aby Lubelska Cytrynówka podbiła serca cudzoziemców.

Pocieszałem się jednak, że imprez przecież jeszcze będą setki, a takich parę dni, spędzonych z Lizą i Martinem w końcu może się już nie powtórzyć.

Codziennie zapraszali mnie na dinner, tym razem już w mieszkaniu. W Anglii dinner to raczej obiadokolacja jak obiad - je się go późnym popołudniem. Codziennie z Martinem siedzieliśmy w salonie, piliśmy świetne wino i dyskutowaliśmy o historii, polityce, sztuce, podróżach... Czego dusza zapragnie. To on, razem z Liz poradził mi, żeby koniecznie dołączyć do jakichś stowarzyszeń na uniwerku – gdybym tego nie zrobił, moje życie strasznie byłoby teraz nudne. Opowiadali mi o Anglii i Londynie rzeczy, których można dowiedzieć się tylko od Brytona. Uczyli mnie nowych słówek – między innymi mojego ulubionego 'bollocks'. Raczyli mnie tradycyjnymi, angielskimi przysmakami (jadalnymi, jak sądzę, tylko dla prawdziwych brytoli). Słuchali moich opowieści oraz użalań i mocno mi dopingowali. Świetnie się z nimi dogadywałem. Wino i najwygodniejsze, jak dotąd, łóżko w moim życiu były tylko bonusem.

Liz bawiła się na komputerze w obróbkę zdjęć, a Martin miał konto na iTunes, montował filmy w Movie Makerze i generalnie przewyższał mnie w znajomości współczesnych technologii na większości frontów. Udało mi się jednak zdobyć możliwość odwdzięczenia się za tą ponadtygodniową gościnę – na jego własną prośbę nauczyłem Martina obsługiwać Facebooka. Teraz, od czasu do czasu, komentujemy swoje statusy.

Za pomocą szczęśliwego zbiegu okoliczności, na pierwszym spotkaniu Polish Society udało mi się znaleźć pokój do wynajęcia i po dokładnie ośmiu dniach mogłem przeprowadzić się z Soho na Bow, w okolice mojego uniwerku. Parę tygodni później zadzwonili do mnie, żeby pogadać i zapytać jak leci. Pochwaliłem się, że będę grać w tym całym przedstawieniu. Niestety, nie mogli wpaść, bo akurat wyjeżdżali do Hiszpanii.

Upłynęło trochę czasu. Lekko stremowany siedziałem na schodach w Arts Building i czekałem na początek przedstawienia. Nagle odebrałem smsa. Pełen zdumienia przeczytałem:
Good luck on your big evening from Grenada! Liz and Martin”. Nie spodziewałem się, że będą pamiętać!

*

Jako, że słówkiem „bollocks” zajmowaliśmy się już niedawno, dziś może kilka słów na temat phrasali z użyciem czasownika „to piss” samego w sobie oznaczającego „szczać”. Jest ich parę, są bardzo powszechne i na pewno nie usłyszelibyście ich w kinie amerykańskim;
Take the piss – zrzucać się, żartować (Are you taking the piss or what?);
Take piss out of so/sth – nabijać się z kogoś/czegoś (Somehow I just can't stop myself from taking the piss out of him.)
pissing around – opierdalać się (I was just pissing around this weekend.)
get pissed – najebać/upić się (Mate, I got sooo pissed last night!)
to be pissed – być najebanym (He's too pissed to talk, you know.)
A teraz wyobraźcie sobie co by się stało, gdyby ktoś nie znając powyższych idiomów spróbował przetłumaczyć rozmowę dwóch angielskich nastolatków.

2 comments:

  1. Z niecierpliwością czekam na następny wpis :)

    ReplyDelete
  2. Dlaczego juz nie piszesz? swietnie Ci to wychodzi :)

    ReplyDelete