Najlepszą pracę mojego życia znalazłem w te wakacje, na Camden Town w Londynie. Podczas weekendowych wieczorów rozdawałem ulotki próbując zmusić przechodniów do zajrzenia do knajpy „The Monarch”. W zasadzie nikt nas nie kontrolował. Wraz z nowymi znajomymi porozdawaliśmy trochę makulatury, a potem siadaliśmy gdzieś na uboczu, otwieraliśmy piwko i gadaliśmy – ze sobą albo z przechodniami, czasem tylko leniwie wyciągając w ich kierunku rękę z ulotką i wywrzaskując rzeczy w stylu „soundtracks at the Monarch!”. Wejście do knajpy mieliśmy za darmo (bo na Camden, w weekendy, za wjazd na zorganizowane eventy w knajpach zazwyczaj się płaci); mało tego – mieliśmy darmowe drinki. Całość więc sprowadzała się do tego, że upijaliśmy się stopniowo, jednocześnie zarabiając po sześć funtów za godzinę. Tam też po raz pierwszy usłyszałem o „imprezach magazynowych”.
- ...and you can also go to a warehouse party.
- And what's that?
- Warehouse? It's a place where... Freddie, how would you describe a warehouse?
- I know what a warehouse is! But do they have parties there?
- Yes. Illegally.
*
Kilka miesięcy później siedzieliśmy ze znajomym z niemieckiego, Nathanem przed moim uniwerkiem i paliliśmy fajki. Nathan, Anglik o hinduskich korzeniach i stary wyjadacz, opowiadał o letnich, ravowych imprezach w lasach na North London, bibach w rozsianych po mieście knajpach, o warehouse parties właśnie i rzekach medykamentów tamże płynących. Stwierdziłem, że chętnie bym się kiedyś na coś takiego przeszedł, i że następnym razem musi mnie koniecznie ze sobą zabrać.
- I'm not really into that kind of stuff, you know. But it would definitely be an interesting experience.
Nathan odparł, że nie ma sprawy. I że akurat jest jedna w tą sobotę. Tego samego dnia przesłał mi linka do eventa na fejsbuku.
7th Heaven Project: Winter Wonderland. Pełen profesjonalizm. Wykaz grających DJ'ów z linkami do stron na MySpace. Zapewnienie, że będzie bar, kawiarenka, profesjonalne nagłośnienia i olampienie. Czas: od 22 w Sobotę do 16 w Niedzielę. Jedyny ślad, że całość jest organizowana na lewo znajdował się trochę niżej. Zamiast lokacji podane były tylko dwa numery telefonu z informacją, żeby dzwonić na nie na godzinę przed imprezą w celu poznania dokładnego adresu. Póki co zadowolić trzeba się było enigmatycznym stwierdzeniem, że to gdzieś w East London, pięć minut od stacji metra. I przyjąć do wiadomości prośbę, żeby arrive quietly, coby nie przyciągnąć unwished attention. Pełna konspiracja. W końcu najazd nieproszonych gości w mundurach zepsułby całą zabawę. Choć przypuszczam, że podobnie jak w wypadku dragów, władze patrzą tutaj na takie rzeczy przez palce.
Szóstego dnia tygodnia, wczesnym wieczorkiem, zostałem przez swoich współlokatorów zawołany na zwyczajową, sobotnią wódkę w kuchni. Mamy w mieszkaniu sześcioosobową, Polską enklawę. Z dumą podtrzymujemy wyniesione z kraju tradycje. Przy okazji zacząłem opowiadać, jaki to ja nie jestem fajny, i gdzie to ja się dzisiaj nie wybieram i żeby najlepiej wszyscy zaraz poszli ze mną. Nie liczyłem na specjalnie szeroki odzew, a tymczasem Kazik z Łukaszem, także studiujący, stwierdzili, że reflektowaliby. (Jako, że pewnie to czytają, z tego miejsca pragnę ich pozdrowić!) Dopiliśmy więc wódkę, zdrzemnęliśmy się, po czym wykonałem szybki telefon na podany numer, z którego wyłapałem tylko nazwę stacji metra na którą trzeba jechać. Wyrychtowaliśmy się i nieco po 22 ruszyliśmy w drogą do pubu przy uniwerku, w którym mieliśmy się spotkać z Nathanem i jego znajomymi. Niedługo potem, zaopatrzywszy się w piwo i bletki, dziewięcioosobową grupą wsiedliśmy do metra.
Zgodnie z zapowiedziami Nathana, od stacji wystarczyło podążać za ludźmi wyglądającymi, jakby szli na imprezę. Po czasie dużo dłuższym niż pięć minut dotarliśmy w jakieś mocno industrialne okolice. Mijający i zagadujący nas ludzi utwierdzali tylko w przekonaniu, że zmierzamy w dobrym kierunku.
Jeden z występujących. Klipu nalezy słuchać w tle, podczas czytania dalszej części posta.
Muzykę usłyszeliśmy już z oddali. Ludzie palący przy odrapanej bramie pomachali zapraszająco w naszym kierunku. Poszliśmy i pozwoliliśmy się przeszukać trójce ochroniarzy – alkohol można było wnosić w dowolnych ilościach, byle nie w szklanych butelkach. Ustawiliśmy się w kolejce. Po szybkiej wymianie zdań z dwiema dziewczynami ze Słowacji dowiedzieliśmy się, że wjazd 15 funtów. Pół godziny wcześniej, przed północą, byłoby tylko 10. Trance i smugi kolorowego światła już dolatywały do nas ze środka.
Przy samym wejściu, jako że z naszej grupki staliśmy na przedzie, z Nathanem próbowaliśmy wynegocjować jakieś congestions, niestety, wszystko na marne.
Banknot z portfela, z łapy do łapy. Reszta. Głowa już podryguje mimowolnie. Pieczątka na nadgarstek. Chujowy świstek papieru z numerkiem. 128. Po co? Nie wiem. Życzą mi dobrej zabawy. Obok jest szatnia. Myślę. Nie, lepiej nie. Po co. Zimno tutaj, zresztą. Nathan bierze się do gaszenia papierosa, ale po chwili przypomina sobie, że to party jest przecież nielegalne, więc wchodzi z fajką do środka, wyraźnie ukontentowany. W tym czasie koło mnie już ktoś następny pstryka zapalniczką.
Daję kilka kroków, podrygując i rozglądając się ciekawie. Ni z tego, ni z owego odzywa się do mnie jakiś czarnawy stojący pod ścianą.
- Hey, how R'ya doin'? - Zapytał, a gdy zapewniłem, że świetnie, dał krok w moją stronę i zawołał: - Oh! Mackhovsky!? (Tak, tak to tutaj wymawiają).
Przytaknąłem niepewnie, nieco zbity z tropu, a on w tym czasie już potrząsał moją ręką i zapewniał, że nice to meet mnie.
- Hey, wait. How do you know my name?
Wzruszył ramionami
-You're legendary, man! - Zapewnił i poklepał mnie po ramieniu. Wyszczerzyłem zęby, postanowiłem to uznać za świetna odpowiedź i poczynić pewne kroki w kierunku zapewniania sobie głównej atrakcji tego wieczoru.
- Don't you know where I can get some pills?
Czarny zakręcił się entuzjastycznie i zaprowadził mnie do jakiejś siedzącej na dywanie, na środku sali dziewczyny z trupiobladym makijażem. W porę odnalazł mnie Nathan i kazał się wyluzować. Dziewczynę zapewniłem, że I find you.
Skąd czarny znał moje nazwisko – nie wiem. Postanowiłem zostać przy teorii, zakładającej, że z jakiegoś powodu zwrócił uwagę akurat na mój profil spośród 315 „wezmę udział” i 326 „niezdecydowanych” na fejsie. Wówczas postanowiłem zaś odebrać to jako dobry znak.
- It's amazing! No wonder it was so expensive! - wrzasnął do mnie Nathan.W istocie; nie to, żebym miał szeroką skalę porównawczą, jeśli chodzi o nielegalne imprezy trancowe w opuszczonych magazynach, ale akurat temu magazynowi temu trzeba było przyznać, że nie sprawiał wrażenia swego codziennego, opuszczonego wcielenia. Przystrojone ściany, dym, DJ przy konsolach w końcu sali, niebieskie, zielone i czerwone reflektory, wielkie kolumny gdzieś z boku. Małolat o wyglądzie skrzywdzonego nastolatka machający fluorescencyjnymi poiami (to coś, czego używa się na fireshow, tylko bez ognia) pośrodku sali. Wielki, kosmaty dywan w ramach siedziska i ludzie porozwalani to na nim, to na podłodze.
Nim dołączyła do nas reszta grupy, Nathan wybrał się na zwiad i po chwili wrócił z wieścią, że u góry jest jeszcze jedna sala. Udaliśmy się tam, po ciasnych i obskurnych schodach.
Góra wyglądała jeszcze lepiej. Wielka sala, te same niebieskawe światła i kolorowe płachty materiału rozpostarte pod sufitem. Kolejny DJ na platformie. I muzyka już dużo żywsza. Podobała mi się – w końcu wypiłem dzisiaj już trochę. To u góry był Playground. Na dole się odpoczywało. Ludzi nie było jeszcze dużo; powoli jednak się schodzili. W końcu pomieszczenia ustawiali się w kolejce do 'baru' serwującego chłodne Fostersy (taki australijski browar) w puszkach i do gościa pompującego niebieskie balony gazem z butli.
- You should't buy drugs from people you don't know – poinformował mnie Nathan. - You see that guy over there? - Wskazał mi głową jakiegoś pozornie zagubionego czterdziestolatka ze związanymi włosami, chodzącego w te i z powrotem po pustawej sali. - He's a dealer. He's on every party like this one. He always has really good stuff.
- You should't buy drugs from people you don't know – poinformował mnie Nathan. - You see that guy over there? - Wskazał mi głową jakiegoś pozornie zagubionego czterdziestolatka ze związanymi włosami, chodzącego w te i z powrotem po pustawej sali. - He's a dealer. He's on every party like this one. He always has really good stuff.
Było tak, jak mówił mi wcześniej – to miejsce było jednym, wielkim, narkotykowym bazarem. Założę się, że po popytaniu kilku osób udałoby nam się nabyć jakieś chemikalia, o których nie śniło się filozofom.
Pokiwaliśmy się trochę, leniwie póki co i od niechcenia, po czym wróciliśmy na dół. Nathan ruszył w tłum i po minucie wrócił ze skrętem.
Potem czas zaczął płynąć już szybciej.
Znajomi Nathana zmyli się, zostaliśmy we czterech. Piliśmy, siedzieliśmy na dole, skończyliśmy pić, poszliśmy do góry. Muzyka, której nie słuchałbym po dobroci dłużej niż przez dwie minuty brzmiała teraz jeszcze lepiej niż na początku. Pustawą przedtem salę powoli zapełniał rozwirowany tłum. Trzy tabsy kosztowały 10 funtów. Wzięliśmy je z Nathanem na spółę.
Chciałbym w tym miejscu, wzorem Witkacego opisać dokładnie, jak działa ecstasy. Elukubracja jakaś, na piętnaście stron maszynopisu, takie rzeczy. Niestety, poza mglistym wrażeniem jak działają tabsy wymieszane z trawą, alkoholem, podtlenkiem azotu i zaburzonym rytmem dobowym niewiele mam do powiedzenia w tym temacie.Ruch, światła i przeszywająca muzyka...
- Come, let's do some baloons!
- Baloons? And what's inside the baloons?
- Baloons? And what's inside the baloons?
Podtlenek azotu; czyli gaz rozśmieszający. Nathy zaprowadził nas w miejsce, w którym ustawiała się kolejka do gościa pompującego owe tajemnicze, niebieskie baloniska. Zasada użycia była prosta; przystawić zakup do ust i przepuścić powietrze przez płuca. Tak samo jak przed laty, na odpuście, kiedy koledzy z podstawówki potrafili wydać mały majątek na balony z helem, dla osiągnięcia „efektu smerfa”. A potem przez cały dzień chodzili zakręceni, z przekrwionymi oczami.
Trzy balony kosztowały trzy funty; wzięliśmy po jednym ja, Nathan i moi współlokatorzy na spółę. Nie zaobserwowaliśmy żadnych właściwości rozśmieszających. Za to nieźle ryły czerep – trzeba było wciągać jednego na trzy-cztery raty, żeby kompletnie nie odlecieć. Efekt krótkotrwały, ale ciekawy. Coś w rodzaju wciągnięcia na szybko przesadzonej dawki tabaki.
Muzyka, muzyka i więcej muzyki... Trance. Nie, nadal nie potrafiłbym tego odróżnić od kozyliona innych gatunków techniawki. Ale na fejsie pisali, że to był Trance.
*
Leżałem na jednym z kosmatych dywanów na parterze, z błogo-idiotycznym wyrazem twarzy. Mocno idiotycznym, jak przypuszczam. Kazik z Łukaszem zaczęli mnie szturchać mówiąc, że oni już idą, bo już piąta. Pokiwałem im głową, na znak, że akceptuję zarówno ich decyzję, jak i absurdalną informacje o godzinie. Zażądałem zwrotu komórki, którą oddałem im na przechowanie. Koledzy uznali, że to znak, że jeszcze kontaktuje, komórkę zwrócili i wyparowali.
Nie mam pojęcia, jak dużo czasu spędziłem najzwyczajniej w świecie leżąc na podłodze, okryty własnym płaszczem i szczerząc się do sufitu. Przypuszczam że zdecydowanie zbyt długo jak na imprezę, która pożarła moją kasę na żarcie na następne półtorej tygodnia. Ze zdjęć jakie potem podesłał mi Nathan wynikało, że kilka momentów zabawy mogło mi umknąć; niewykluczone. Jednak dupa mnie nazajutrz nie bolała - co znaczy, że prawdopodobnie nie stało się nic bardzo niepokojącego.
Niedługo po tym jak koledzy się zmyli, we dwóch znowu poszliśmy się pobujać. Koło ósmej Nathan zasugerował, żeby już iść.
- Oh, okay, if you think so. I wouldn't mind staying a bit longer, though.
Imprezy w Londynie zaczynają się w czwartek wieczorem i kończą popołudniu w niedzielę. Trwają czasem dobę, czasem półtorej, czasem jeden wieczór. Jedna się kończy, dwie inne się zaczynają. Rozsiane po całym mieście. Jeśli wiesz, dokąd pójść, możesz spędzić cały weekend nie śpiąc, nie jedząc i nie pijąc, łykając tylko tabsy i krążąc między knajpami, klubami i domówkami. I sporo ludzi faktycznie to robi. Jak im się to udaje zrozumiałem dopiero w tamten niedzielny poranek. Naprawdę miałem ochotę zostać jeszcze choć do południa. Metro w Londres zamykają na noc. Kazik z Łukaszem musieli tłuc się autobusem. My z Nathanem załapaliśmy się już na porannego tjuba.
Wysiadłszy z metra, szedłęm w kierunku mojego mieszkania krzywo uśmiechając się do płytek w chodniku i przysłuchując się, jak mój własny żołądek do spółki z wątrobą, gałkami ocznymi, melatoniną i resztkami zdrowego rozsądku wywrzaskuje pod moim adresem nieprzystojne epitety. Jedno wiedziałem już ponad wszelką wątpliwość – miałem już swoje experience. A teraz trzeba było je odespać.
Brytyjskie słówko na dziś: Rave. Oprócz gatunku muzyki granego np. przez the Prodigy, to, za urbandictionary.com:
„n. Any gathering of people centered around listening to and dancing to electronic music, as played by a set of live djs. Originated in 1989 in the UK as underground, often illegal gatherings in abandoned warehouses. Often characterized by the positive, psychedelic atmosphere, influnced often (but not always) by drugs and casual sex.”
![]() |
| Nathan, Łukaszu i Wasz Drogi Korespondent na Wygnaniu |
Wszystkie focie pochodzą z opisywanej dżamprezy.
Apart from the last one, all pics by Anne-Elise, the official photographer of such unofficial gatherings.
Apart from the last one, all pics by Anne-Elise, the official photographer of such unofficial gatherings.




No comments:
Post a Comment