Uff, długo nie pisałem. Miałem jednakoż ku temu istotny powód: Reading Week - tydzień ferii. A jak to już zwykle w życiu bywa, tak bardzo zająłem się opierdalaniem, że nie miałem już czasu na nic więcej. Opierdalanie przeszło w rozleniwienie i... Oto jestem, po dłuższej przerwie.
Byłem na tym treningu kelnerskim. Strawiłem nań pół dnia, a dranie nie odezwali się do tej pory. Martin zasugerował, że to pewnie dlatego, że stracili kontrakt. A mi jednak coś mówi, że po prostu okazałem się beznadziejny. Tak czy inaczej, powinienem do nich zadzwonić – ale jakoś nie mogę się zebrać. Zamiast tego, na moje ogłoszenie o lekcjach Niemieckiego odpowiedziała jedna Hiszpanka – także pewien wpływ, dwa razy w tygodniu, jednak jest.
Wpadła do mnie Ola, na weekend pod koniec Reading Weeka. Ola jest dowodem na to, jak niesamowicie trwałe potrafią być przyjaźnie zawarte w podstawówce. Już w gimnazjum widywaliśmy się, czasem w trójkę, czasem w czwórkę, podstawówkową paczką raz na parę tygodni i kontakty utrzymujemy nadal – mimo, ze nasze drogi ostro się rozeszły. Adam się informatyzuje, ja poszedłem w „humanizm”, cokolwiek by to miała oznaczać, a Ola uderzyła pierw w biolchem, a potem w Biochemie – aktualnie w stolicy Szkocji, Edynburgu. Archetypiczny medyk-naukowiec; jest zupełnie inna niż cała reszta moich przyjaciół i dobrych znajomych. Tym bardziej cieszę się, że ta znajomośc nie odeszła do lamusa...
- Tacy ludzie mają coś w sobie, że nie pozwalają się sobie sprzeciwić – tydzień później zauważyła Ania, kiedy razem wybraliśmy się na Camden Town, na jam session w Blues Kitchen. Pociągaliśmy właśnie, przed wejściem, resztki wyjątkowo podłego winiorra. - Robisz się potulny i pozwalasz się wszędzie prowadzić, nawet, jak masz akurat ochotę robić coś innego.
Sam sobie nie mogąc się nadziwić, musiałem przyznać jej racje. Niesamowite, tym bardziej, że na co dzień moja pewność siebie przechodzi płynnie w pyszałkowatość. I mimo że odbywało się to dość mimowolnie, trzeba przyznać: ostatnie słowo zawsze należało do Oli.
Wczuwając się w tamten weekend w rolę przewodnika wreszcie miałem okazje wspiąć się na the Monument (pięć razy tańsza i dużo fajniejsza alternatywa dla przereklamowanego London Eye) i pochodzić po wnętrzu Tower Bridge (nie warto; tym bardziej, że trzeba za to dać pięć funtów). Idąc dalej, niechcący wpadliśmy na odbywające się właśnie Lord Mayor's Show (ponoć najdłużej organizowana parada na świecie). Podarowaliśmy sobie Big Bena, którego Ola już kiedyś widziała, ale zaliczyliśmy Trafalgar Sqare z Kolumną Nelsona, o 18 metrów wyższą od Jezusa Świebodzińskiego. Pochodzilismy po National Gallery, gdzie odkryłem, że podoba mi się tam bardziej z każdą wizytą i począłem łudzić się, że zaczynam rozumieć sztuki plastyczne. Przeszliśmy się niesamowicie modnym, drogim i szpanerskim Covent Garden, pobłądziliśmy po ciasnych, wypełnionych sex-shopami i gejowskimi knajpami, uliczkach Soho, i przez obwieszone dalekowschodnimi dekoracjami Chinatown, dotarliśmy do wypchanych turystami Leicester Sqare i Piccadily Circus. Dzień później oboje spełniliśmy nasze marzenie o wysikaniu się w Harrodsie (jeden z najstarszych, najdroższych i najbardziej luksusowych domów towarowych świata). Kupiłem tam nawet mojemu staruszkowi puszkę oryginalnej kawy bożonarodzeniowej Harrods(®). Będę mu musiał tylko wytlumaczyć, na czym polega jej niezwykłość i dlaczego powinien postawić ją na półce w widocznym miejscu i pokazywać wszystkim znajomym. Zaliczyliśmy też Natural History Museum z gigantyczną, stalową repliką szkieletu Diplodoka (taki duży dinozaur) i samorodkami uranu w grubej, ołowianej skrzynce oraz Science Museum – które jakoś nas nie porwało, choć mój współlokator, przyszły inżynier był dużo bardziej entuzjatyczny, gdy mi o nim wspominał - głównie ze względu na tamtejsze, wielkie modele sond kosmicznych i inne tym podobne bajery.
By weekend ten uznać można było za pełny, około 21 poprosiłem Olę grzecznie, żeby zajęła się sama sobą i wziąłem się za pisanie długawego eseju z Camusa, na French Foundations, due tomorrow. Gdy przed 5 rano Ola wychodziła łapać autobus na lotnisko, zastała mnie w kuchni, z oczami jak spodki, nadal ślęczącego nad laptopem i słuchającego akurat „Czarnego bluesa o czwartej nad ranem”. Spać położyłem się pół godziny później.
W czwartek, tydzień temu, wybrałem się na Theatre Company Social, czyli picie w knajpie uniwersyteckiego kółka teatralnego. Rozdzielali nagrody za najlepsze role i największe wpadki podczas Crimpfestu – trzydniowego minifestiwalu, który zorganizowali podczas Reading Weeka. Plułem sobie w brodę, że się w weń nie zaangażowałem. Z braku laku zgłosiłem się do asystowania przy światłach na dwóch przedstawieniach, no ale to nie było już to samo. Nikogo nowego nie poznałem, nie miałem okazji pointegrować się z ludźmi, nie poćwiczyłem angielskiej dykcji no i, co najgorsze: reflektory były skierowane w dokładnie przeciwną, od mojej, stronę! Po półgodzinie tego sociala i jednym piwie stwierdziłem, że właściwie to nie mam tu z kim gadać i wyszedłem, wkurwiony na siebie, świat i wszystko. Kupiłem dwie flaszki najtańszego wina jakie można tutaj dostać („Buy 2 for 5 pounds” u ciapaka), odkorkowałem, tfu, odkręciłem pierwsze i zacząłem wylewać swoje smutki znajomym na fejsbukowym czacie...
Bo, jak się okazuje, to nie takie proste zostawić za sobą wszystkich starych znajomych i musieć zdobywać nowych, zupełnie od początku. Bo zaskakująco trudno jest się przełamać i zacząć się odzywać, zwłaszcza, gdy trzeba to robić w obcym języku. Bo nauczenie się swobodnego nawijania po angielsku, z uwzględnieniem wszystkich slangowo-młodzieżowych phrasali i idiomów, to sprawa dużo grubsza, niż mi się wydawało – co boli tym bardziej, gdy po polsku gadało się dość składnie, z upodobaniem i więcej niż ktokolwiek miał ochotę słuchać. Bo poczucia przynależności nie mam tu jeszcze, a w Polsce już.
Zbliżając się do denka pierwszej butelki rozkazałem Pytlakowi, aby odwiódł mnie od pomysłu wrócenia do tej knajpy i (prawdopodobnie) skompromitowania się. Najwidoczniej jednak za słabo się starał, bowiem w końcu dokończyłem to wino, wziąłem fajkę w zęby i już nieco chwiejnie, poszedłem w pizdu. Wbrew ponurym ekspektacjom, nawet obeszło się bez kompromitacji, a wręcz było całkiem-całkiem. Kupiłem sobie piwo, odkryłem nagle, że jestem w stanie z ludźmi rozmawiać, pośmiałem się, potańczyłem i wypaliłem z pół paczki japońskich fajek, które kiedyś przywiozła mi Mami. A Paweł – ten facet, który zaczął nawijac po polsku w środku przedstawienia w zeszłym miesiącu - przywitał mnie jowialnym: „Franeeeeek!”. Napisałbym, że było to bardzo polskie, jednak prawda jest nieco ciekawsza. Równie dobrze mogłoby to być bardzo angielskie. Albo portugalskie. W gruncie rzeczy, ludzie są wszędzie tacy sami – taka moja prywatna mądrość nabyta po kilku miesiącach pobytu za granicą.
(No dobrze: im dalej od Europy, tym powyższy statement mniej prawdziwy, ale przecież nie będziemy się rozdrabniać nad detalami, prawda?)
Ciekawostka na temat knajp w Anglii: większość z nich dysponuje dość sporym densflorem i przy weekendzie (a weekend faktycznie zaczyna się tutaj w czwartek), koło 11-12 w nocy miejsca te zamieniają się w wypełnione ludźmi do krawędzi niemożliwości rockoteki, w których zgromadzeni podskakują w tej przestrzeni klaustrofobicznej, wyśpiewują refreny kolejnych, przewijających się hiciorów, oblewają się piwem, a im później w noc, tym chętniej obściskują się z przypadkowymi współtańczącymi. A jako, że zarówno na domówkach, jak i w knajpach łatwo wyłapać zdecydowaną przewagę brytyjskich melodii nad całą resztą tworów anglofońskich, feeling jest naprawdę wyspiarski. Pierwszy raz podobnej ciekawostki zaznałem na Camden Town (najzajebistszej dzielnicy Londynu), ale stojący tuż przy naszym uniwerku New Globe też bynajmniej zły nie jest. Zastanawiam się skąd wzięło się podobne zjawisko: czy może to zasługa bogatszej od polskiej tradycji knajpianej na Wyspach, czy to po prostu dlatego, że Anglicy tak uwielbiają warcholić, że w co większych knajpach stoliki poodsuwano pod ściany w ramach stworzenia alternatywy dla zdobywających na popularności technoklubów...
Całą zabawę psują jednak legendarne knajpiane dzwonki. Odzywają się zwykle koło drugiej i oznajmiają, że czas kończyć imprezę. Dziwne, zważywszy na to, że knajpy o tej porze bywają najpełniejsze. Nie jestem pewien, czy to ze względu na przepisy, litość wobec pracowników czy coś jeszcze innego. Tak czy inaczej: piątkowy wieczór w Prawdziwym Angielskim Pubie to pozycja obowiązkowa, dla każdego planującego wpaść do Albionu.
Tamta, dwuczęściowa wyprawa do New Globe sprawiła, iż opracowałem niesamowicie szczwany plan przeżycia kolejnych uniwersyteckich miesiący – pozwalający mi zarówno oszczędzić kasę (piwo w knajpie: ok 3£), jak i przełamać lody w kontaktach z ludźmi. Przed kolejnymi meetingami czy imprezami po prostu napierdole się do lustra w domu zawczasu i wtoczę się na party jakieś dwie-trzy godziny po czasie, kiedy i inni zdążą się rozkręcić.
*
Z początku szczerze niecierpiałem tego uniwersytetu. Queen Mary University of London. Głównie dlatego, że gdybym użył mózgu podczas składania podań, z palcem w tyłku mógłbym sobie być w jakiejś uczelni z Britain's Top10. Aktualnie jestem w top 30. Czyli w sumie mogłoby być dużo gorzej. Mimo to i tak planowałem poruszyć niebo i ziemię, byleby tylko przenieść się gdzieś indziej po zakończeniu pierwszego roku, ale...
Chyba nie byłoby to tego warte. I zaczyna mi się tutaj podobać. I poznałem już sporo świetnych ludzi. I odebrałem moją własną koszulkę Queen Mary Theatre Company. I mają tutaj całkiem niezłą gazetkę, do której może można by spróbowac coś napisać?... No i nade wszystko, gdy na rzeczy spojrzało się z szerszej perspektywy, stwierdzenie, że „nic nie dzieje się bez przyczyny” jak dotąd zawsze okazywało się prawdziwe.
Brytyjskie słówko na dziś: „like”, czyli angielski śmietnik językowy. Oprócz znanego nam wszystkim znaczenia, jednosylabowiec ów spełnia także funkcje wypełniacza w zdaniu, nie mającego żadnego konkretnego znaczenia; coś w stylu polskiego „wiesz”, „tego”, „no nie” tudzież „kurwa”. Przykłady: So i met this, like, men with those two, like, really creepy eyes and I felt really, like, scared. Podobne zapchajdziury mają tendencje do bycia używanym z upodobaniem przez osobników z dość ubogim zasobem słów, także, oto jestem, ja, student z importu, wpieprzający po dwa „like” do jednego zdania. Muszę coś z tym, tego, zrobić.
nie nadmieniłeś, kto jako PIERWSZY sikał w Harrodsie! :)
ReplyDeletepozdro z zaściankowego Krakówka kosmopolito:)