Po półtorej miesiącu roku akademickiego, wczoraj nastąpił przełom: znudziło mi się opierdalanie. Wyszedłem z założenia, że po tak szalonych wakacjach należy mi się trochę odpoczynku i po raz pierwszy od dobrych paru lat dalem sobie przyzwolenie na spędzanie całych tygodni na oglądaniu filmów, paleniu fajek i generalnym niewychylaniu się ze swojego pokoju. Oczywiście, musiałem chodzić na wykłady. Ale w sumie szybko z nich wracałem. I kontynuowałem marnotrawienie swojego czasu bez zbędnych wyrzutów sumienia. Ale dość już tego. Ileż można siedzieć w miejscu? Czuję, jak znów odzywa się we mnie moja awanturnicza, sarmacka natura. O tak. Po krótkim odpoczynku bestia zwana Machowskim znów wychodzi na łowy ze swej jamy. I znów pokaże, na co go stać!...
...jak tylko zejdzie mu temperatura, przestanie charchać flegmą i będzie w stanie podnieść się z łóżka. Meine Güte, kto to widział, żeby dorosły chłop już trzeci dzień leżał odłogiem przez jakieś pieprzone przeziębienie. Czy może raczej jakąś jego angielską, grypowatą mutację. No nic. Jeśli nie przejdzie mi do wtorku, to uznam, że to Aids. Tudzież sepsa. Ale nie, przepraszam, nie śmiejemy się z sepsy. Sepsa nie jest śmieszna. I murzyni też nie.
Skoro już jesteśmy przy murzynach: ostatnio, gdy stałem przed wydziałem ze stadkiem koleżanek, kilka z nich, ni z tego ni z owego, zaczęło śpiewać „To the left, to the left” Beyonce. Przymus zareagowania był silniejszy ode mnie, toteż zacząłem ostrożnie:
- I know a very bad, rasistic joke about this song... - Na co jedna z nich odpowiedziała:
- Oh yeah, I know that too...
- I know a very bad, rasistic joke about this song... - Na co jedna z nich odpowiedziała:
- Oh yeah, I know that too...
Jako że jednak pozostali go nie znali, to trzeba było dżolka opowiedzieć. Zbiliśmy się w konspiracyjną gromadkę, sprawdziliśmy, czy żadnych afroeuropejczyków nie ma w pobliżu i pozwoliliśmy Jemimie dokończyć: Why does Beyonce sing: „to the left, to the left”? Because niggas have no rights!
Zarechotaliśmy (konspiracyjnie), a ja, znęcony dobrą koniunkturą, zawołałem:
- I know another one, come, come! (Tu następuje ponowne zbicie w konspiracyjną grupkę.) Why is Aspirin white? Because you want it to work!
- I know another one, come, come! (Tu następuje ponowne zbicie w konspiracyjną grupkę.) Why is Aspirin white? Because you want it to work!
Tego już nikt nie znał.
Jednak wbrew temu, co wydawałbym się sugerować w akapicie powyżej, poprawność polityczna w Anglii nie wynika z jakiejś polityczno-społecznej presji, ale z autentycznego przekonania i uprzejmości samych Anglików. Imigranci ze wszystkich zakątków świata żyją tu w dość przykładnej zgodzie, a Brytyjczycy nie mają nic przeciwko nim. Do tej pory nie rozgryzłem jeszcze zagadki, co takiego mają oni, czego nie mają Niemcy czy Francuzi – którzy, jak wiemy, mają aktualnie totalną jatkę ze swoimi kolorowymi. Mam oczywiście kilka teorii – podzielę się nimi, jak znajdę tą słuszną.
W zasadzie, jedyną ciekawą rzeczą, jaka zdarzyła się w ubiegłym tygodniu była ta podwójną impreza w niedzielę, którą to tak się jarałem w ostatnim wpisie i z której to pochodzą owe fotki zezgonowanego Franka na fejsbuku, za które wyśmiali mnie kolejno: Bedlak, Suseł, Białacki, prawdopodobnie połowa znajomych na fejsiei nawet, kurwa, Malfoj. Mój młodszy brat, znaczy się.
Jak planowałem, spędziłem po kawałku nocy na obu bibach, na które mnie zaproszono. Jedna była polsko-wielonarodowościowa, a druga bardzo angielska. Anglicy postarali się bardziej i zrobili prawdziwe haloweenowe party – ze świecami, mrocznymi dekoracjami i przebraniami. Urzekł mnie też pomysł z miednicą ustawioną pośrodku pokoju – wbrew pozorom nie służyła ona do gromadzenia rzygowin, a zawierała wymieszaną wódkę, martini, jakieś soki i Bóg Jeszcze Wie Co. Mieszaniną tą zgromadzeni raczyli się za pomocą zapewnionych rurek. Niestety, impreza rozsypała się koło pierwszej i wtedy poleciałem z powrotem do Polaków (bo byłem u nich już wczesniej) generalnie po to, żeby się zezgonować i bezwolnie dać zrobić sobie te kompromitujące pikczersy. Ta noc wzbogaciła mnie jednak o kilka nowych, interesujących obserwacji kulturowych:
Primo: Obie biby zaczynały się dopiero kolo 22 i (z tego, co słyszałem...) skończyły się kolo 3-4. Na ile mi wiadomo taka jest też tutaj norma. Polskie biby średnio zaczynają się o 18 a kończą koło 2, jesteśmy więc dużo poważniejszymi zawodnikami niż Angole. Żeby jednak dodać do sprawy trochę szerszej perspektywy, wspomnę o pewnej Hiszpance, z którą niedawno gadałem. Dowiedziałem się od niej, że u nich, na półwyspie Iberyjskim nawet jeżeli wychodzi się na party w podobnym czasie co w Anglii, to nie wraca się przed siodmą rano. Daje nam to więc proste działanie matematyczne: Spaniardzi > Polacy > Angole
Secundo: Nie wiem, czy zwróciliście kiedyś na to uwagę, ale picie w Polsce jest niesamowicie zrytualizowane. Tylko shoty/kolejki, zawsze z przepojką w drugiej ręce, zawsze w grupie – przynajmniej dwuosobowej, obowiązkowo z toastem, preferencyjnie na stojąco, a z reguły nie wolno jeszcze polewać sobie samemu. Choć z drugiej strony – to wszystko tyczy się tylko wódki, pozostałe destylaty pić można w dowolny sposób. W Anglii tego wszystkiego nie ma – przede wszystkim nie piją nigdy czystej, tylko robią sobie drinki, a potem każdy już siedzi sobie z tym swoim drinkiem i pije go we własnym tempie. Czułem się w tym na tyle nieswojo, że musiałem przy okazji pokrzewić trochę polskiej kultury picia: „A shot of vodka in one hand, soft drink in the second one and... Na zdrowie!”
Zastanawiałem się, dlaczego od dwóch dni za oknem bez opamiętania strzelają mi sztuczne ognie i insze petardy, i dopiero przed chwilą dowiedziałęm się, że to z okazji Dnia Guya Fawkesa (5 Listopad). Kurczę, powinienem był się przejść do parku, choćby ze względu na afekt którym darzę „V for Vendetta” - po przyjeździe do Anglii udało mi się nawet dorwać oryginalny komiks w bibliotece. No ale trudno. Fejerwerki to fajerwerki. Napatrzę się na sylwestra.
Wypada jeszcze wspomnieć, iż jestem na prostej drodze do zostania kelnerem. W środę byłem na rozmowie, a w najbliższy wtorek zaprosili mnie na trening. Jeżeli niczego nie spieprzę, to powinem zacząć wreszcie zarabiać. Bo, wiem, że o tym tutaj nie wspominałem, ale moja przygoda z korepetytorstwem zakończyła się po dwóch tygodniach. Nakrzyczałem na mojego podopiecznego, w związku z czym jego rodzice uznali, że jestem niebezpieczny i trzeba chłopaka przede mną chronić. No cóż. Trudno. Mam nadzieję, że coś wyjdzie z tego kelnerzenia w weekendy, bo, jak pisałem na początku, znudzilo mi się już siedzenie w odosobnieniu i mam ogromną ochotę poprzepuszczać trochę kasy na knajpy, koncerty, dicha, dragi, no kuffa, cokolwiek. No a przepuszczać własną kasę jednak przyjemniej, niż kasę rodziców.
A na zakończenie, kolejne Brytyjskie słówko na dziś (uczyńmy już z tego tradycję): Bollocks. Słowo wulgarne – gdy spotkałem je raz w gazecie było wygwiazdkowane. Oznacza bzdurę, nonsens, gówno, lub gówno-prawdę. Przykłady użycia: It's bollocks; That film was bollocks; You're talking bollocks – to ostatnie można w sumie przetłumaczyć po prostu jako 'pierdolisz'. Nauczyłem się go od Martina (angielskiego emeryta) i gdy kiedyś użyłem na określenie moich wypowiedzi podczas ostatniego wykładu, Jade stwierdziła, że „It was really british. Americans wouldn't say that!”. Co więcej, niezastąpiony Urban Dictionary podaje następującą definicje tego słowa: „Good ENGLISH swear word. (…) A word that we can say in America to confuse everyone.” Jednak uwaga: 'bollocks' pierwotnie znaczy po prostu 'jądra'...
Czy wspominałem, że od jutra mam Reading Week? Tydzień ferii z okazji połowy semestru? Nie? No to czujcie się uświadomieni. I uczcie się dzielnie, podczas gdy ja zajmę się wysypianiem do dwunastej.
Całuję.
Całuję.
Biorąc pod uwagę długi weekend u nas w Polsce trochę mniej boli nas Twój Reading Week :*
ReplyDelete