W wyposażeniu mojego klaustrofobicznego pokoiku nie zawarta była poszwa na kołdrę. W związku z tym, postanowiłem kilka pierwszych dni przespać w śpiworze – zanim kupię sobie tą poszewkę. To będzie już trzeci tydzień, jak śpię w tym śpiworze. W gruncie rzeczy, śpiwór nie jest taki zły. Pozwala nie wydawać kasy na poszewki – które pewnie byłyby drogie. Równowartość co najmniej czterech - pięciu piw. I to może nawet takich w knajpie. A co jeszcze gorsze – trzeba by ruszyć dupę i je kupić. Nie chce mi się ruszać dupy. Nie bardziej, niż to absolutnie konieczne. Chwilowo za poduszkę robi mi zwinięta w rulon kołdra bez poszewki. Bo nie chce mi się zejść na dół i poprosić „Szefa wszystkich Szefów” o przydziałowego jaśka...
Mój uniwerek jest na tyle miły, że organizuje specjalne kursy z angielskiego dla zagranicznych studentów. Zapisałem się na „Grammar in Context” – co jak co, ale grammar to mi się przyda. Bo, wbrew początkowym nadziejom, nic nie wskazuje na to, że akcent da się całkowicie wyeliminować. Spotykałem ludzi z różnych stron świata, którzy mówili świetnie po angielsku i spędzili w Londynie kilka-kilkanaście lat i zawsze dało się u nich usłyszeć obce nalecialości. Ba; spotykałem ludzi których rodzice przyjechali do Anglii przed ich urodzeniem i w których akcencie też dało sie usłyszeć, że nie są do końca angielscy.
A propos akcentu – tak właśnie liczę, i wychodzi na to, że przez moje, w sumie, cztery miesiące pobytu w Anglii, tylko jedna osoba stwierdziła, że jestem z Polski – jakiś ciapak, który miał dziewczynę – Polkę. Poza tym, były jakieś trzy czy cztery osoby przekonane, że jestem z Francji (pourqoui, kurwa, pourquoi?!) i jakieś pół setki przygodnych znajomych wtrącających po paru pierwszych zdaniach konwersacji: „Are you German?”. A w ubiegły czwartek, gdy wpadłem na wieczorek knajpiany Theatre Company (tak się u mnie nazywa kółko teatralne), jeden typek poszedł jeszcze dalej i wypalił: „So, where from Germany are you?”.
Póki co, nadal mnie to cholernie bawi. Tym bardziej, że Polacy także nie są w stanie mnie zidentyfikować...
W kazdym razie: zapisałem się na „Grammar in Context” i poszedłem na pierwszą lekcje w ten poniedziałek. Przyzwyczaiłem się już, że w Londynie co krok spotyka się ludzi z różnych dziwnych miejsc („Oh, you’re from Nicaragua? And where the hell is that?”), ale tamta lekcja to był po prostu jakiś kosmos. No jakichś 15 m2 władzom uczelni udało się zgromadzić jednego Francuza, troje Japończyków, Rosjankę, Włocha, dwie Kazaszki, Brazylijkę, Somalijczyka, dwoje Niemców, Polaka w mojej skromnej osobie, Angielkę pochodzenia (rawdopodobnie) hinduskiego w charakterze lektorki i jeszcze parę osób, co do których tożsamości nie jestem pewien. Ale było bardzo sympatycznie, co ciekawe. I po raz drugi w całym swoim zyciu spotkałem swego imiennika, który urodził się w mojej dekadzie, a nie 50 lat wczesniej. Pierwszego znalazłem trzy lata temu, w Niemczech i wołali na niego Franz. Ten drugi był Włochem, w związku z czym kazał na siebie mówić Francesco. Strasznie sympatyczny facet. Widać każdy Francesco już tak ma.
W środę – przygody z teatrem ciąg dalszy. Najpierw zaglądnąłem na sesję treningową sekcji świateł. Bawiliśmy się tym panelem, a ja obserwując te wszystkie, z całą pewnością zajebiście drogie lampy jeżdżące pod sufitem w uniwersyteckim teatrze studyjnym, coraz lepiej zaczynałem rozumieć co dzieje się z moim 3200 funtów czesnego za rok.
Ale skończmy już z tym udawaniem pragmatyka i materialisty – ach, było cudnie. Obserwować „od kuchni” jak to wszystko działa; rozświetlenie, błysk, fiolet, oświetlenie punktowe, i tak dalej. To wszystko, co składa się na magię teatru i co aż czuło się w powietrzu.
Później zaś – kolejna próba do tej sztuki w której mam grać. Zostały jeszcze dwie przed premierą, a ja kuffa nie umiem nawet połowy tekstu. A tekst jest, btw i imho, naprawdę dobry – literacko takoż jak teatralnie. Napisany przez Joe'go, czwartoroczniaka z teatrologii (tego samego, który przeprowadzał przesłuchania), który teraz zawzięcia nam reżyseruje mówiąc co, kiedy i jak mamy zrobić – co za ulga, w przeciwnym wypadku musiałbym to wszystko wymyślać sam. Dziesięć minut ostatniej próby spędziliśmy, próbując nauczyć mnie poprawnie wymawiać słowo „rumours”.
Mam kryzys, minęły trzy tygodnie semestru, a ja nie mogę się zabrać do kupienia sobie jebanej poszewki, a cóż tu dopiero gadać o wzięciu się za naukę. A trzebaby. Czuję się oszukany przez tych wszystkich, którzy zapewniali mnie, że na pierwszym roku w Brytanii to się głównie pije. Otóż ja głównie siedzę na fejsbuku. A jak nie siedzę, to próbuję ogarnąć te wszystkie ćwiczenia, czytanki, słuchanki, researche, czy chój wie co jeszcze, które nam zadają. Póki co, z kolejnych potyczek wracam na tarczy. A w ten weekend piszę swój pierwszy esej – 500 słów. Po angielsku, o francuskim. Ale to dopiero początek – za trzy tygodnie czekają mnie dwa, takie zajebiste, na 1500 słów! No ale ja będę miał z tej okazji Reading Week – czyli tydzień wolnego w środku semestru, mwahaha.
Piątek cały mam wolny. Tak więc teraz... Pójdę się pouczyć roli. Albo oglądnę jeszcze jeden film. Sam nie wiem.
uuu, like it, like it! ;)
ReplyDeletePozdro ze stolicy :D
Stoko.
Widzisz, Franku, już wiem dlaczego byłam z Tobą w związku - to na pewno przez to Twoje podobieństwo do Niemców.
ReplyDeletePamiętaj, za kilka lat kupimy sobie poszewki w Harrodsie i nawet ręcznik za 50 funtów do tego^^
mojej monptematyczności ciąg dalszy: haha a jednak jamajczyk sie odnalazł do tego masz 3 japonczykow a wiec zapowiada sie naprawde perwersyjna orgia:)
ReplyDelete