Przeczytałem dziesięć stron tego nieszczęsnego Camusa w oryginale (idzie jak krew z nosa), wkułem pięć stron scenariusza po angielsku, a teraz zajmuje się tłumaczeniem opowiadania „Die Geologen und ihre haimliche Nachwuchsschulung” z niemieckiego na angielski. Zabawne; parę lat temu nie uwierzyłbym nawet, że tak się da.
Opowiadanie traktuje o rosyjskiej starowince, która odwiedza córkę z zięciem w Niemczech. Zajmuje się wnuczkami, którym na dobranoc śpiewa Pieśń Geologów: „Nie zawrócisz nigdy, bo wolisz Bycie od Blasku”. Dzieci, choć niewiele rozumiejąc, wpółczują biedakom, którzy, jak jakieś roboty, nie mogą zawrócić. Gdy kiedyś jeden z malców widzi pociąg wypełniony spieszącymi się do pracy ludźmi, krzyczy za nimi: „Geolodzy!”. Bo nie mogą zawrócić, choćby nie wiem jak chcieli...
Od razu pomyślałem o Londynie. O mieście robotów. O tych wszystkich bankierach i pracownikach inszych korporacji, jadących dzień w dzień do centrum i spowrotem. Zazwyczaj metrem. A ostatnio chcą liczbę zatrudnionych w Undergroundzie obciąć o 600, więc Underground urządza sobie całodzienne strajki raz na parę tygodni, żeby pokazać, do czego są zdolni. Co działo się z tym miastem podczas pierwszych strajków trzeba by było zobaczyć na własne oczy. Wysyp rowerów, samochodów i motocykli, autobusy przypominające puszki sardynek i miejsca w hotelach w centrum wykupione przez zapobiegliwych city-boys. Evening Standard donosił o przypadku faceta, który wydał 60 funtów na taksówki, tylko po to, żeby dostać się do pracy, w tym samym artykule oznajmiając dumnie: „W całym świecie Londyńczycy nie mają sobie równych jesli chodzi o pokonywanie trudności w dostaniu się do pracy!”. Co prawda, to prawda. Nie, naprawdę wątpię, żebym został tu po studiach.
Ten tydzień zaliczyć trzeba do jak najbardziej udanych. Mam pracę: odezwała się kobitka, z którą gadałem miesiąc temu o lekcjach angielskiego dla jej syna-gimnazjalisty. Nie sądziłem, że kiedykolwiek jeszcze ją usłyszę, a tu patrz - co za niespodzianka. Po dwie godziny, trzy razy w tygodniu, 10 funtów/h plus parę funtów za przejazd. A mojemu nowemu uczniowi przypadłem do gustu na tyle, że jak przyszło do płacenia przekonywał starszą, żeby zaokrągliła mi w górę. Co pozwala przypuszczać, że dostałem dłuższy kontrakt.
W piątek znowu widziałem się z Mami – przesympatyczną japonką o mentalności 13-latki, z którą poznałem się w wakacje w ramach wymiany kulturowo-językowej. Co prawda moi kumple z Polski nie są w stanie tego pojąć, ale tak, naprawdę uczyliśmy się japońskiego, a nie pierdoliliśmy się po kątach. Choć w sumie nie mogę mieć do nich pretensji. Nawet mój własny ojciec zadeklarował, że każdą azjatkę awansem akceptuje jako synową.
Zapytałem, ile ona brałaby za takie lekcje japońskiego dla 13-latka. I powiedziała, że mniej-więcej tyle samo co ja za ów angielski. Przy czym ona jest nativem, skończyła japonistykę, a japoński jest jednak językiem orientalnym i o nauczycieli w końcu trudno... Wobec czego zacząłem mieć wręcz lekkie wyrzuty sumienia. Nie męczyły mnie one jednak zbyt długo, gdyż nazajutrz, podczas mojej drugiej lekcji, pani Mama Eryka stwierdziła, że to trochę za drogo, zaczeła się targować i obcięła mi dodatek na transport. I wszyscy są szczęśliwi.
W środę zaś widziałem się z Anią. Ania jest moim idolem, bożyszczem i nie wiem, czym jeszcze i w ogóle prze-jest-kurwa-typiara. Poznaliśmy się w sierpniu; była kolejną osobą, którą miałem przeszkolić pod kątem objęcia mojej szczerze znienawidzonej posady rozwoziciela kanapek w północnym Londynie. Rozmyśliła się, ale przegadaliśmy całe dwa dni wpólnej pracy roztrząsając wszystko, od pracy zarobkowej do tematów metafizycznych. Stwierdziliśmy, że trzeba się kiedyś spiknąć na dłuższe posiedzenie z flaszką wina, do czego też doszło dwa tygodnie później, nad Tamizą. Spóźniła się wtedy jakieś pół godziny. Mniej więcej tyle samo co w środę. Miała chłopaka. Przywiozła go sobie z Japonii. Koleją Transsyberyjską. Po półrocznym pobycie. Choć w międzyczasie zahaczyła też o Szanghaj. Gdzie ukradli jej paszport. I resztę kasy, którą zarobiła w Stanach. Do których wyjechała niedługo po skończeniu prawa na Ujocie. A zapytana o najtraumatyczniejsze wspomnienie z dzieciństwa opowiedziała mi o dwudniowym pobycie w Izbie Dziecka, w wieku czternastu lat, do którego zostały z koleżanką zgarnięte za latanie po lesie w nocy, z pochodnią, w pełnym, death-metalowym makijażu. Ponoć policja strasznie chciała wiedzieć, czy to one rozkopały te groby w ubiegłym miesiącu. Jak kiedyś dorwę jej zdjęcie, to wybuduję jej ołtarzyk, na ktorym palić będę kadzidełka.
Tym razem kupiliśmy w Sainsburym od razu dwa wina. Sainsbury, ach! Od dawna już darzę tą angielską sieciówkę, szczerym, gorącym i oddanym uczuciem. W sumie to li i tylko za to, że zawsze mają tam jakieś dobre, drogawe winczacza, przecenione o połowę. Bo poza tym to wszystko jest albo drogie, albo strasznie chujowe.
Zostało nam jeszcze trochę na dnie butelki, gdy Ania musiała zmykać, aby złapać ostatniego tjuba (bo tjuby kończą kursować gdzieś koło północy. Spóźnialscy i imprezujący, późną nocą muszą polegać na autobusach tudzież taksówkach). Wróciwszy do mieszkania, odkryłem czekającego na mnie e-maila od Joego. Joe prowadził „przesłuchania” do uniwersyteckiego kółka teatralnego, na których byłem (przez przypadek w sumie i tak na spontanie) wcześniej, tejże środy. Mail donosił, że dostałem rolę. Zacząłem śmiać się opętańczo w kierunku monitora (chyba pobudziłem współlokatorów) i uznałem za stosowne osuszyć resztkę wina z Sainsburego. Jedną z głupich rzeczy, jakie kazali nam robić na tym przesłuchaniu, było powtarzanie w kółko jednego, bezsensownego zdania za każdym razem w innym tonie. Z tego, co dowiedziałem się potem, urzekłem obserwujących głównie moim „I’ve got a mashine gun!” wypowiedziane głosem używanym zazwyczaj tylko wówczas, gdy ktoś akurat smyra cię językiem po sutkach tudzież żołędziu.
Zostało nam jeszcze trochę na dnie butelki, gdy Ania musiała zmykać, aby złapać ostatniego tjuba (bo tjuby kończą kursować gdzieś koło północy. Spóźnialscy i imprezujący, późną nocą muszą polegać na autobusach tudzież taksówkach). Wróciwszy do mieszkania, odkryłem czekającego na mnie e-maila od Joego. Joe prowadził „przesłuchania” do uniwersyteckiego kółka teatralnego, na których byłem (przez przypadek w sumie i tak na spontanie) wcześniej, tejże środy. Mail donosił, że dostałem rolę. Zacząłem śmiać się opętańczo w kierunku monitora (chyba pobudziłem współlokatorów) i uznałem za stosowne osuszyć resztkę wina z Sainsburego. Jedną z głupich rzeczy, jakie kazali nam robić na tym przesłuchaniu, było powtarzanie w kółko jednego, bezsensownego zdania za każdym razem w innym tonie. Z tego, co dowiedziałem się potem, urzekłem obserwujących głównie moim „I’ve got a mashine gun!” wypowiedziane głosem używanym zazwyczaj tylko wówczas, gdy ktoś akurat smyra cię językiem po sutkach tudzież żołędziu.
Jaram się strasznie. Nie, nie tylko myślą o lizaniu po sutkach. Rolą. No, choć nią może trochę mniej, odkąd dowiedziałem się, że scenariusz ma 17 stron, postaci jest tylko dwie, a premiera odbędzie się za dwa tygodnie.
I tak oto spędziłem dwie godziny składając do kupy ten tekst zamiast zająć się Camusem albo szwabskim opowiadaniem z geologami w tle. Świetnie! Wspaniale! Doskonale!
Kurwa mać...
Pisze się 'Evening StandarD', a nie 'standarT', Kretynie:*
ReplyDeleteO, przyczepiła się do literówki, phi! xP
ReplyDelete