Saturday, 30 October 2010

IV - Fags, Vodka and Societies

Powoli, powoli, zaczyna dziać się coraz więcej, a życie akademickie nabiera niejakich kolorów. Chociaż ostatnie dwa dni spędziłem w przaśnej izolacji – wychylając się z pokoju tylko po to, żeby kupić pomidory i kilo bananów (były przecenione) u ciapaka naprzeciwko i margarynę kilkaset metrów dalej. Bezproduktywnie gapię się w ekran, oglądam Six Feet Under, czytam American Gods Gaimana i myślę sobie, że gdyby nie słabość do upijania się w towarzystwie, to pewnie całe życie potrafiłbym spędzić w jednym pokoju...

W poprzedni piątek, wieczorem, odbyła się moja pierwsza premiera teatralna na obczyźnie, którą to tak się podniecałem. Jako że graliśmy w końcu tylko fragment scenariusza, na scenie miałem spędzić tylko jakieś sześc minut. Co można spieprzyć podczas sześciu minut?, zapytacie, no i cóż – faktycznie, nawet Frankowi nie udało się nic spachcić. Na premierę wpadła Ania, przyprowadzając ze sobą dwie koleżanki z Polski, zamieszkałe w Birmingham. Towarzystwo okazało się nad wyraz swojskie – w przerwie wyskoczyliśmy po dwie flaszki wina, które piliśmy cichcem na drugiej części przedstawienia. Padliśmy, kiedy nawijający w perfekcyjnym British-English konfenansjer, odezwał się, ni mniej, ni więcej w te dokładnie słowa:
- Czy jest na widowni ktoś, kto mówi po polsku? Nie? To zajebiście! To ja sobie mogę mówić co chcę, a Wy mnie i tak nie zrozumiecie!
Chciałem się zdekonspirować, ale zostałem powstrzymany przez siedzącą obok Annę ("Franek, nie, Jezu, obciach, uspokój się!"). Mimo to, ustaliliśmy, że po wszystkim trzeba tego konfenansjera wyciągnąć na wino. Dopadliśmy więc i jego, i Joe'go, mojego scenarzystę-reżysera, napoiliśmy rubinowym trunkiem, a jako że wybierali się do pobliskiej knajpy, ustaliliśmy, że tam też się spotkamy. Jak tylko skończymy z naszymi winczaczami, oczywiście. Niestety, rychło dokupiliśmy jeszcze jednego Cabernet Sauvignon,  Ania z portfela wyciągnęła dwa „lolki”, w związku z czym koło północy postanowiliśmy się w spokoju rozczołgać do domów.

W poniedziałek wieczorem Polish Society organizowało Food Night. Przeróżne stowarzyszenia studenckie są w Brytanii istotnym elementem całokształtu życia akademickiego – głównie ze względu na swój aspekt socjalny, czyli picie w knajpach po każdym spotkaniu, lub spotykanie się li i tylko w tym celu. Na wielkim „QMUL Societies Fair” podczas freshers week (czyli jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego), zapisałem się chyba do sześciu różnych – Martin, pewien Anglik któremu wypadałoby poświęcić osobną notkę doradził mi to w ramach budowania sieci kontaktów. Wszystkie miały mi napisać maila, w końcu odezwały się tylko trzy – Theatre Company (zwane dalej „uniwesyteckim kółkiem teatralnym”), Polish Society oraz Anime Society. Nie miałem jeszcze czasu/ochoty wpaść na spotkanie tych ostatnich, ale cały czas nad tym myślę. Tak, mam świra na punkcie Japonii, jestem z tego dumny i mam was w dupie. Przykrym elementem bycia członkiem stowarzyszenia jest konieczność uiszczania annualnej składki i o ile Polacy zazyczyli sobie 5 funtów, to już ci od teatru całe 15...

Poniedziałkowa Food Night w założeniu miała być bardzo „polska” jednak ku mojemu rozczarowaniu nie pojawiły się na niej ani gołąbki, ani bigos. Wizytę złożyła nam za to kapusta na słodko, pierogi (po jednym dla każdego), knedle (po dwa dla każdego) oraz naleśniki. Na ostatnim meetingu stowarzyszenia na jakim byłem większość faktycznie była Polakami – choć i tak zaskoczyła mnie liczba cudzoziemców. Food Night była jednak jeszcze bardziej odlotowa – nikt przy stole nie gadał po polsku. Było paru współsłowian (Bługarzy, Słowacy), pewnie ze względu na to, że nie mają własnych stowarzyszeń. Jedna pół Polka, pół Niemka, dziewczyna z Holandii, dwóch Malezyjczyków (sic! - bo byli w Polsce i bardzo im się podobało) i dziewczyna, na oko, gdzieś z środkowej Azji. Najciekawszym zjawiskiem była jednak Japonka Miku, która w Japonii studiowała polski (sic!!!), a potem rozmyśliła się i przyjechała na studia do Londynu. Zapytana na pierwszym spotkaniu „What's your name?” odparła (z takim czadowym akcentem):
- Je-stem Miku. Je-stem Ja-pon-ką.


Wpadła także Jade – koleżanka z kierunku, którą zaprosiłem kilka godzin wcześniej, nie sądząc, że przyjdzie. Mało tego, że przyszła; przyprowadziła ze sobą jeszcze finkę Taru i Indoanglika (tu: obywatel Anglii o hinduskich korzeniach) Nathana. Oboje z mojej grupy na niemieckim. Przydała się więc flaszka Absolwenta, którą przyniosłem w ramach mojego wkładu w imprezę.

W Nathanie odnalazłem pokrewną duszę – wreszcie mam z kim palić po zajęciach. No i brakowało mi kogoś o podobnym do mojego, prowincjonalnym nastawieniu do imprez pod tytułem „Najebmy się! Tak! Hurra! Gdzie jest wódka, wódka, WÓDKA!!?!”. Jak dobrze, że zakumplowałem się z Nathanem. Co zabawne: ma 30 lat i właśnie trzeci raz zabiera się do studiów...

Ciekawa sprawa, z tymi fajkami: co jak co, ale nie sądziłem, że studia pomogą mi ograniczyć palenie. W Polsce palą wszyscy. Nałóg absolutnie uniwersalny dla wszelkich klas społecznych. Posunąłbym się nawet do stwierdzenie, że Palenie jest trendi. Palą fajni, wyluzowani ludzie, którzy w dupie mają raka, bo są fajni. I tak w Bramie „Śniadkowej”, przed moją szkołą, spotykali się fajni, wyluzowani ludzie, zawierając znajomości z innymi fajnymi, wyluzowanymi ludźmi, i chyba to był główny powód, dla którego palenie przez całe liceum było takie fajne i takie, jak by to ująć, wyluzowane. W wakacje wydawało mi się, że Anglicy palą jeszcze więcej. Na uniwerku okazuje się jednak, że fajki to rozrywka raczej klasy robotniczej. Fajni, wyluzowani Anglicy nie palą, bo to przecież niemodne. I niezdrowe, bój się pana Boga. Podczas pierwszych dni uniwerku, czułem się upośledzony psychicznie przez Bramę, bo próbując zawrzeć jakieś nowe znajomości usiłowałem zlokalizować miejsce, w którym spotykaliby się na dymku wszyscy palacze uczelni i nie mogłem go znaleźć...

We wtorek wybrałem się na pierwsze spotkanie „German Movie Club”, uruchamiany właśnie przez naszą lektorkę. Puścili nam „Edukatorów” i choć doświadczenia z kinem niemieckim raczej nastrajały mnie sceptycznie, to... Kurczę, podobało mi się. To prawda, że dosyć miałkie, że kompletnie przegadane, nieco nudnawe i, podobnie jak większość europejskich filmów mogłoby być o 40 minut krótsze bez straty na wartości. Ale jednak podobały mi się ich anty-establismentowe pogadanki i marzenia o rzuceniu „tego wszystkiego” i życiu gdzieś, na wolnosci. Czasem też się tak czuję. Ostatnio nawet często.

Wypad do knajpy po seansie był, oczywiscie, obowiązkowy – tym razem połowa zgromadzonych rozmawiała po niemiecku. Przegadałem sporo czasu (en allemand) z bardzo sympatyczną pół Niemkną, pół Francuzką (heureusement, Francuzką z urody) i umówiłem się wstępnie na korki z Francuskiego. Pointegrowałem się nieco z moimi znajomymi z niemieckiego i zapaliłem fajkę z moją lektorką od German Oral (bez skojarzeń). Razem z doktorantką (tak, tą samą, która słyszała moją uwagę o militarystycznych zamiłowaniach Niemców) pochwaliły mój niemiecki, a ja starałem się dowiedzieć, czy mam może jakiś regionalny akcent – w Niemczech wpływy gwary są nadal tak silne, że po akcencie można poznać, z jakiego miasta, czy regionu, pochodzi rozmówca. Niestety, rozczarowały mnie wiadomością, że raczej nie.

Jutro jest Haloween, świętowane w Anglii jak polskie Andrzejki – obowiązkową libacją. Za dowód rozwoju mojego życia towarzyskiego niech posłuży fakt, iż dostałem dwa (tak!) różne zaproszenia. Od Charlie, koleżanki z roku i znajomej z Pol-Soc. Chyba pójdę do Charlie, żeby zawrzeć jakieś nowe znajomości. A może wpadnę na obie... Odbywają dość blisko. Oj, aż przytoczę pewną złotą myśl Stokowca, starej znajomej, zasłyszaną w złotym okresie drugiej liceum:
Franek, idziesz na dwie imprezy jednoczesnie? Jezu, znowu się zajebiesz.” I tak też się stało w tamten piątek. I, być może, stanie się i w tą sobotę. Bo w sumie, aż mi tego trochę brakuje.

A "fag", wbrew pozorom, nie oznacza pedała, idioty, ani wirusa, tylko papierosa, tudzież "fajkę". Nie pytajcie dlaczego.

3 comments:

  1. German Movie Club <3

    I tak do tej pory najbardziej podobała mi się uwaga o militariach... :P

    ReplyDelete
  2. mam cały garnek babcinego bigosu. chętnie bym Ci przysłała, jeszcze ciepły <3

    ReplyDelete
  3. Zachowaj go na Złotojasną Wigilię ^^

    ReplyDelete