Ahh, kocham stereotypy. A teraz mam w końcu perfekcyjne możliwości, aby oddać się ich wyszukiwaniu i eksplaatowaniu... Chyba odnalazłem sens swego życia.
W poniedziałek na przykład, zająłem się utrwalaniem stereotypu Polaka, jako fanatyka wódki. Po miesiącu spędzonym głównie z własnym laptopem, dostałem zaproszenie na party na akademikach. Tylko dlaczegóż, kurwa, w poniedziałek, tego już nie wiem. Niemniej jednak: częstowałem lubelską cytrynówką, a gdy cytrynówka wyszła, otwarliśmy Undergraduate’a (Absolwenta. Btw: ponoć naprawdę jest też tutaj pod tąże, angielską nazwą). Wypiłem kolejkę z jedną Włoszką, po czym uczyłem Charlie pić Bruderschafta:
- Oh, I don’t know...
- Charlie, prove that you’ve got balls!
- But I don’t got them! (Charlie, wbrew pozorom, jest kobietą)
- Your mental ones!
Było zabawnie. I byłoby jeszcze zabawniej, gdybym w porę nie uswiadomił sobie, że upijanie koleżanek na zasadzie picia kolejki z każdą, która się nawinie, może nie być zbyt dobrym pomysłem. Nie wspominając już o tym, iż w domu czekał na mnie esej z francuskiego i sześć godzin zajęć nazajutrz. Cóż, musiałem więc zmyć się przed czasem. No ale to przecież dopiero początek epickich, multikulturowych imprez na akademikach...
Wtorek natomiast był dniem nad wyraz zabawnym. Wszystko zaczęło się od tego, że nasza lektorka od ustnego Francuskiego kompletnie ocipiała.
Należy tu się krótkie wyjaśnienie. Jak przypuszczam, podobnie jak cała reszta Polaków wyobrażałem sobie Niemców jako skrytych nazistów, szorstkich, brzydkich, nieprzyjemnych i pozbawionych krzty poczucia humoru. Francuzi za to jawili mi się jako romantycy i żywiołowi indywidualiści z czymś, co w Polsce nazwalibyśmy ułańską fantazją. Teraz jednak zacząłem stykać się i z jednymi, i z drugimi – także w formie wykładowców. I wiecie co? Wszystko to gówno prawda. Niemcy są wspaniałymi i sympatycznymi ludźmi, a Francuzi to banda aroganckich imbecyli. Generallement.
Nie inaczej było z naszą lektorką od French Oral. A jako że była młoda i w sumie całkiem-całkiem, to przy okazji potwierdzała opracowaną przeze mnie już dawno teorię: Francuzki są owszem, szprychy, atrakcyjne, i w ogóle, ale tak poza tym, to każdym ruchem, słowem i gestem zdają się komunikować światu, że prędzej odgryzą ci kutasa niż pozwolą zajrzeć pod kieckę.
Madame Estelle na seminariach tworzyła więc atmosferę iście arktyczną. Ludzie bali się odezwać, bali się podnieśc rękę, bali się poruszyć bardziej niż byłoby to konieczne, ba, bali się w ogóle pojawiać na zajęciach, a poza nimi zaręczali się wszyscy nawzajem, że się tej kobiety zwyczajnie boją.
Ksywka „Cold Bitch” wydawała się więc pasować jak ulał i nawet pracowałem już nad tym, żeby ją rozpowszechnić.
Wracając do meritum: no i ona właśnie, nasza lektorka, wzięła się i ocipiała. Najsampierw, na moje spłoszone tłumaczenia, że jestem kiepski z francuskiego i że następnym razem będzie lepiej, zapewniła mnie, że jest pewna, że sobie poradzę, bo mam motywacje. Koleżanki jeszcze wczesniej uznały, że jest dla mnie podejrzanie miła. Mam nadzieję, że coś jest na rzeczy, bo z moim poziomem wiedzy chętnie zamieniłbym egzamin końcowy na jakieś ustne zaliczenie, czy coś. Potem Cold Bitch zaczęła żartować, skakać, wygłupiać się i odgrywać scenki pantomimiczne. Patrzylismy po sobie w oslupieniu. Ja wiem, że tłumaczenie zachowania nauczycielki domniemaną formą jaką wykazał się jej facet ostatniej nocy nie przystoi nikomu, kto skończył piętnaście lat, ale czasem pewne rzeczy wręcz nasuwają się same.
W pewnym momencie zapytała nas o to, co myślimy o Francuzach (bo stereotypy akurat były tematem naszej słuchanki). Zachęcony dobrą koniunkturą, zabrałem głos i stwierdziłem, że jeden z najbardziej chyba międzynarodowych żartów to ten o francuskim tchórzostwie – ze względu na Drugą Wojnę Światową. Grupa się ośmiała, a Cold Bitch zaręczyła, że jej dziadek był w „Résistance”. Mam nadzieję, że nie naraziłem zbytnio mojego ustnego zaliczenia.
Jeszcze zabawniej było na wykładzie z gramatyki niemieckiej, parę godzin później. Mielismy jakiś tekst o niemieckiej piłce nożnej i ktoś zauważył, że ich terminy futbolowe brzmią bardzo militarystycznie (co, btw, jest faktem). Pozwoliłem sobie na błyskawiczną chwilę namysłu: „Czy w pomieszczeniu są jacyś Niemcy?” i wyszło mi na to, że nie – nasza lektorka jest Polką. No i wypaliłem:
- Yeah, Germans like militaristics...
Lektorka łaskawie uwagę zignorowała, ale pozostali zebrani zaczęli ukradkiem rechotać. Trzeba bowiem wiedzieć, że Anglicy mają bardzo podobny do naszego, historyczny stereotyp Niemców. I podczas gdy u nas raczej zrzuca się z „niemieckiego typu urody”, to oni nadal żartują z Niemców-nazistów. Znajomy Anglik opowiadał mi nawet, że kilka lat temu, kiedy Anglia pokonała Niemcy w jakimś ważnym meczu, grupa pijanych Angoli śpiewała na Trafalgar Square: „Two World Wars and a football match!...”
Dopiero dzień później Jade (także, wbrew pozorom, dziewczyna) uświadomiła mi, że wtedy, na niemieckim była z nami dwójka doktorantów z Niemiec. Całkiem o nich zapomniałem. Kurwa, ale wstyd.
Jade jednak stwierdziła, że to moje wyciąganie stereotypów jest „great”. Dwa dni wcześniej opowiadałem jej, że najnowszym, polskim stereotypem Anglika jest facet przyjeżdżający na weekend do Krakowa, latający w niedorzecznych ciuchach lub calkiem bez nich po rynku, upijający się do nieprzytomności, a potem „beeing sick in the corners”. Jade stwierdziła, że jakoś jej to nie dziwi.
W ostatni piątek, na próbie uświadomiono mi, że mimo iż scenariusz ma 18 stron, to wystawiamy tylko pierwsze cztery, i że przecież mówił nam od tym od początku.
- What, have you been trying to learn the whole thing?
- Man, I’m at page nine right now!
Dobrze chociaż, że dowiedziałem się tego w piątek, a nie na próbie wczoraj, bo wykułbym już całość przez ten czas.
Poza tym stwierdzam, iż ten tydzień był tygodniem przełomów. Pierwszy nastąpił w sobotę – wreszcie kupiłem sobie poszewki na pościel i teraz śpię już pod kołdrą. W poniedziałek po raz pierwszy byłem na uniwersyteckiej bibie, we wtorek po raz pierwszy walnąłem sobie wpis na ścianie po angielsku i zwiększyłem swoją liczbę fejsbukowych znajomych z uniwerku do całych sześciu. Tego samego dnia po raz pierwszy zarwałem noc, żeby napisać esej z Camusa. Przez trzy godziny gapiłem się w pusty ekran, po czym koło pierwszej w nocy zacząłem pisac i odkryłem, że napisanie 500 słów po angielsku zajmuje mi jakąś godzinę. Zdziwiłem się przy okazji, ile mądrych angielskich zwrotów nauczyłem się, odkąd tutaj jestem. Choć to było na tyle późno w nocy, że wszystko już było możliwe.
W środę zaś zarwałem noc po raz drugi, tym razem kując gramatykę, po czym w czwartek obudziłem się półtorej godziny po końcu mojego ostatniego wykładu. Fenomenalnie.
ej dodaj kolejny post, bo przez głupi zakład do piątku nie mam kontaktu ze światem :P
ReplyDeleteRuda, niby bardzo Cię lubię i chciałbym oddać Ci tą przysługę, ale z drugiej strony mam ogromną ochotę doprowadzić Cię do stanu, w którym będziesz gotowa zrobić loda w zamian za dostęp do fejsbuka, także może jeszcze trochę się wstrzymam.
ReplyDeletePS: Dodałem przed chwilą na fejsie kolejny njusik o Niemcach ode mnie ze studiów.